Silentium Universi - ilustracja ze statkiem kosmicznym i astronautą na tle drogi mlecznej

„Silentium Universi” Dariusz Domagalski – trzy perspektywy

„Silentium Universi” to książka, która mocno nas podzieliła. Obok zachwytów nad zakończeniem pojawiło się też rozczarowanie. Kto nie mógł się oderwać od lektury, a kto miał jej dość?

Silentium Universi to po łacinie “milczenie wszechświata” lub “cisza wszechświata”. Dziś opowiem o książce Dariusza Domagalskiego o tym właśnie tytule.  

Rozpocznę cytatem:

“Rzeczywistość uderzała go całą swoją brzydotą: przeludnione ulice, wieżowce raniące niebo, korek latających pojazdów. Oto obraz współczesnych miast”

Rys sytuacyjny

Mamy rok 2055. Ziemia stała się jałowym, przeludnionym światem, na którym brakuje jedzenia, miejsca i perspektyw. W USA wojsko przejęło władzę i nie chce jej oddać. W Afryce społeczeństwo cierpi z głodu i chorób. Ponieważ jest to przyszłość, technologia, jest bardziej zaawansowana. Mamy już bazę na księżycu, kolonizujemy Mars, jednak to wciąż zbyt odległe plany. Ludzkość może nie doczekać. Na szczęście naukowcy skanując kosmos odnajdują planetę podobną do naszej. Powstaje pomysł wysłania załogowej misji do układu Alfa Centauri. Projekt nazywają Raj Utracony.

Jak można naprawić coś, co sami psujemy?

Historię poznajemy za sprawą kapitana wyprawy Huberta Zettenberga. Losy statku kosmicznego “Marek Aureliusz” oraz załogi złożonej z ośmiu osób, śledzimy oczami dowódcy misji. Narracja często jest skupiona na Hubercie i jego przemyśleniach. W toku historii dowiadujemy się o walce sił kościoła, które chcą ocalić świat, z siłami, a jakże, zła, reprezentowanymi przez Kościół Szatana. Obie frakcje umieszczają swoich agentów na statku.

 Nie wspomniałem jeszcze o najważniejszym, czyli przepowiedni. Głosi ona, że właśnie z tego obcego systemu przywiezione zostanie zło, które zniszczy świat. Zatem obie strony chcą coś osiągnąć, kościół – zapobiec misji, sataniści – żeby doszła do skutku i dotarła do celu. 

Lot w nieznane i jego skutki

Książkę Silentium Universi czytało mi się bardzo przyjemnie. Chociaż fabuła może brzmieć sztampowo, da się w tej historii odnaleźć punkt zaczepienia. Kiedy autor opisuje podróż statku “Marek Aureliusz” przez pustkę kosmosu, można odczuć przerażającą głębię otchłani wszechświata. 

Dobrze to opisuje cytat:

“Nagle przytłoczył go ogrom kosmosu, zrozumiał, jak kruchymi istotami są ludzie, którzy śmieli w żelaznej łupinie wypuścić się na ten niezgłębiony ocean czerni.”

Przemiana załogi w trakcie podróży, automatyzm oraz dołujący obraz rutyny, sprawia, że odechciewa się długich podróży. Nie wszystkie postacie w książce są głębokie, głównie poznajemy kapitana, ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, dużo jest jego rozmyślań i narracji. Z kilkoma osobami się zżyć i chętnie się o nich czyta. Inne za to są bardzo płytkie, wręcz nudne. 

Podoba mi się też, że w książce autor stara się wyjaśniać zagadnienia fizyki i dylatacji czasu. Opisy są często wyczerpujące i zgodne z obowiązującymi zasadami rządzącymi we wszechświecie. Język czasem jest delikatnie techniczny, ale myślę, że każdy sobie z nim poradzi. Silny motyw religijny, niekiedy psuje trochę odbiór, ale stwierdzam, iż bez niego nie powstałyby takie zakończenie, dla którego warto się trochę pomęczyć.

Polecam “Silentium Universi” każdemu, kto lubi historie o kosmosie. Jest tu technologia, ale nie za odległa, więc logiczna, do osiągnięcia. Podróż, nie została oparta na technologii tuneli czasoprzestrzennych, za co jestem wdzięczny autorowi. Mamy tu do czynienia z prędkością podświetlną, która w moim odczuciu jest bardziej prawdopodobna. Głębia kosmosu, wielkiego, pustego, cichego, nieskończonego. Będzie to dobra lektura dla osób lubiących spiski rodem z Dana Browna – kościół kontra sataniści, intrygi, agenci oraz morderstwa.

Książka Dariusza Domagalskiego z roku 2012 od samego początku pokazuje jednakowy poziom. Chcesz poznać, jaki poziom książka będzie prezentowała do samego końca? Wystarczy przeczytać kilka stron, by zapoznać się z ogólnym stylem panującym w tym tytule. Jest to zarówno plus i minus – jeżeli ci się spodoba to wiesz, że później cię nie zawiedzie. Za to jeżeli czujesz po kilku stronach, że ciężko ci się czyta, to wiesz, iż dalsza lektura niczego nie zmieni.

Silentium Universi porusza zdarzenia z roku 2055 z założeniem, jakoby człowiek rozpoczął ekspansję w przestrzeń kosmiczną. Opisuje podróż w celu zbadania nowo odkrytej planety pod kątem podobieństwa do Ziemi, jak i możliwości jej skolonizowania. Jest to historia ekspedycji przez przestrzeń, której ogromna część jest czarną pustką. I tytuł świetnie oddaje ten charakter. 

Pomimo poruszania wielu dziedzin, jak religia i nauka, pomimo prób przedstawiania głębi postaci i zależności między nimi, czytając, czujesz jakbyś szybował w pustce. Większość dialogu nic nie wnosi, fabuła jednostajnie dryfuje w przestrzeni nie dając żadnych momentów do zachwytu. Dodatkowo ciężko się czyta tekst napisany w celu „wszyscy wiedzą wszystko, teraz muszą to wytłumaczyć czytającemu”. Naliczyłem dwie sytuacje, w których jedna z osób nie była obeznana odnośnie poruszanych kwestii przy rozmowie, obie pod koniec tytułu. 

Poruszane między podróżnikami są między innymi zagadnienia fizyczne, biologiczne, etyczne oraz religijne. Podłoża rozmów są głębokie, więc czujesz, że rozmówcy mają dogłębną wiedzę na każdy dyskutowany temat. Rozumiem chęć przybliżenia omawianych treści dla czytelnika, jednak w moim odczuciu było to zbyt dużo informacji przekazanych w niewłaściwy sposób. 

Silentium Universi w mojej opinii ma jeszcze kilka małych wad, które dostrzegasz podczas czytania. Nie spodobało mi się wyjawienie, praktycznie w kilku pierwszych rozdziałach, zakończenia książki. Czytając chciałbym mieć możliwość samemu odkrywać przyszłe poczynania, a nie dostawać rozwiązanie historii podane na tacy. Dodatkowo rozdział o przeszłości kapitana wydawał mi się zupełnie niepotrzebny dla całego tytułu. Nic nie wnosi do historii, jest to niepotrzebne rozpamiętywanie przeszłych zdarzeń.

Ogólnie jest to pozycja krótka, ale już nie na jeden wieczór. Może dwa, jeżeli jesteś szybkim czytelnikiem. W mojej skali była to średnia książka, zazwyczaj nie tego szukam w wybieranych tytułach, ale czyta się jednostajnie i miarowo. Ma wolne tempo, które potrafi odprężyć i naprawdę stara się przybliżyć dużo zagadnień odbiorcy. Jest to ciekawy sposób zachęcenia do zgłębienia tematu możliwych technologii oraz podróży kosmicznych.

“Silentium Universi” teoretycznie oferuje wszystko, co najbardziej lubię – bezkres kosmosu, filozoficzne rozważania, garść nowych słów, podróż w nieznane i zbliżającą się zagładę. Szkoda, że teoria nie do końca w tym przypadku łączy się z praktyką, a talerz, który przyniósł kelner, znacząco różni się od tego, co było w menu.

Pomysł na fabułę

Ale od początku. Ludzkości grozi zagłada. Wybawienie zdaje się leżeć o cztery lata świetlne od Ziemi. Ośmioro śmiałków rusza na pokładzie statku międzygwiezdnego “Marek Aureliusz”, by sprawdzić, czy można tam zacząć od nowa.

Pomysł nie wydaje się zbyt odkrywczy, ale robi się ciekawiej. Na arenę wkracza jeszcze starożytna przepowiednia Sybilli, Watykan, który chce sabotować misję oraz sekta, pragnąca powrotu Beliara. Rozpoczyna się niebezpieczna gra o przyszłość całej ludzkości. 

Chociaż fabuła wydaje się być ciekawa, to w rzeczywistości mam wrażenie, że wszystkiego tam jest za dużo. Zbyt wiele pomysłów zlało się na kartach tej powieści. Przez to mam wrażenie, że każdy z nich jest dotknięty zaledwie powierzchownie, brakuje w nim głębi. 

Język przyszłości 

Cała powieść była napisana bardzo nierówno. Miała ciekawe, spójne ze sobą fragmenty, ale też rzeczy, które można było śmiało wykreślić, bez szkody dla fabuły. Moim zdaniem cały rozdział o Miriam jest właściwie zbędny. 

Mamy tu prosty, łatwy w odbiorze język. Nie jest on wyszukany. Brakowało mi w nim klimatu, czegoś co tworzyłoby nastrój. 

Mamy tu do czynienia, jak przy wielu przedstawicielach gatunku SF, ze słowotwórstwem. O ile iluminator czy holoodbiornik mieszczą mi się pięknie w tej konwencji, o tyle miałam problem ze słowem “gwiazdolot”. Rozumiem skąd się wzięło, jednakże nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zostało stworzone przez pięciolatka.

Dlaczego przy „Silentium Universi” wynudziłam się bardziej niż powinnam

Postacie, niby miały swój indywidualny charakter, ale brakowało mi w nich głębi, czegoś, co sprawiłoby, że byłabym w stanie je zapamiętać albo choćby empatyzować w trudnych momentach. Tymczasem było mi kompletnie obojętne, co się z nimi stanie, czy przeżyją, czy dolecą do miejsca przeznaczenia… 

“Naiwne i głupie stworzenia białkowe.” 

jak pisze sam autor o ludziach i trudno mi się z nim nie zgodzić. 

Książka obfitowała w dialogi nawiązujące do trudniejszych zjawisk, czy pojęć. Czytelnik dowiadywał się z ust załogi, czym jest na przykład brzytwa Ockhama, czy o co chodzi z teorią strun. Taki zabieg byłby naprawdę super, gdyby co druga wypowiedź nie była wykładem akademickim, który, chociaż czasem ciekawy, nie wnosił nic do historii. Akcja zwalniała niczym żółw na urlopie, a ja miałam wrażenie, że co drugi bohater przedstawiony w książce, ukończył co najmniej astrofizykę, a w wolnym czasie rozwiązywał szarady matematyczne na zmianę z robieniem doktoratu z historii. Za dużo tego było. 

To, co muszę przyznać, to widać, że autor albo sam posiada rozległą i szeroką wiedzę, albo po mistrzowsku przygotował się do pisania “Silentium Universi”. 

Pod pewnymi względami, przypomina mi się “Katedra” Dukaja. Może ze względu na otaczający bezmiar kosmosu, może ze względu na pytania o miejsce człowieka we wszechświecie, a może ze względu na samą katedrę? 

Oczekiwania i rzeczywistość 

Wracając jednak do “Marka Aureliusza” i jego załogi to oczekiwałam więcej. Postacie okazały się mało ciekawe, płytkie, rozważania filozoficzne nudziły i nie stanowiły nic odkrywczego, dialogi były przydługie, akcja bardziej pełzła niż szła do przodu. I niby w książce były wszystkie te elementy, które sobie cenię, a jednak czegoś mi zabrakło. Za mało było w niej klimatu. Miałam wrażenie, że czytam szkic czegoś, co w przyszłości może się stać naprawdę dobrą powieścią. Pomysł był naprawdę ekstra, ale wykonanie wyszło jakieś takie kanciaste, niedopasowane, pełne nieoszlifowanych krawędzi, nieociosane. 

Jeśli miałabym polecać komuś tą ksiązkę to stwierdziałabym, że jest ona odpowiednia dla czytelnika, który nie miał jeszcze styczności z SF i dzięki temu brak mu porównania. To książka dobra na początek, może dla młodzieży. Lekka w odbiorze i niewymagająca. 

Sam finał i rozwiązanie akcji? Dobrze obstawiłam, kto jest wysłannikiem sekty, ale wyjaśnienie całości było niebanalne i w życiu bym na to nie wpadła. Tu ode mnie duży plus. To wszystko miało sens, w świetle wcześniej przedstawionych wydarzeń. Nie spotkałam się  wcześniej z niczym podobnym. Tylko czy smaczny deser powoduje, że zapomina się o kiepskiej przystawce i daniu głównym?

Jeśli chcesz przeczytać więcej postów z serii, gdzie wszyscy troje dzielimy się wrażeniami z lektury to sprawdź, co myślimy o „Carrie” lub „Wehikule czasu”.

Przewijanie do góry