"Nie ma wędrowca" - fragment okładki z postacią na tle zimowego krajobrazu

„Nie ma wędrowca” Wojciech Gunia – trzy perspektywy

„Nie ma wędrowca” to książka, która nas zjednoczyła, bo byliśmy wyjątkowo zgodni, co do oceny.

Kolejny miesiąc, kolejna lektura, zaproponowana tym razem przez naszą grupową koleżankę. Tytuł, nad którym się pochylamy to “Nie ma wędrowca” Wojciecha Guni.

Już sama okładka zachęca do sięgnięcia po tą książkę. Egzemplarz wita nas obrazem starego, zniszczonego budynku, zimowym krajobrazem oraz tajemniczą, widmową postacią na pierwszym planie. Paweł Mateja raczy nas komentarzem – “długo się nie otrząśniecie…” i ma rację.

Zarys fabuły „Nie ma wędrowca”

Historię obserwujemy z perspektywy pierwszoosobowej. Głównego bohatera, niewymienionego z imienia i nazwiska, można nazwać wagabundą. Od początku utwierdza nas w przekonaniu, że nie czuje się związany z żadnym miejscem. Jest gotowy w każdej chwili zmienić swoją lokację. Przybywa do małej miejscowości i podczas przechadzki znajduje ogłoszenie o pracy w tartaku nazywanym Bazą. Jak wyjaśnia kierownik zakładu Mirk, jest to zajęcie niewdzięczne, w kiepskich warunkach i słabo płatne. Z powodów, które bohater dość dobrze nam wyjaśnia, przyjmuje tą pracę, jest nią zachwycony. Samotność, kiepskie warunki mieszkaniowe oraz uciążliwość tego zajęcia, wydają się mu wcale nie przeszkadzać, a wręcz przeciwnie, podchodzi do nich z entuzjazmem. 

Stopniowo poznaje załogę, a w szczególności interesuje się swoim poprzednikiem Roszczukiem, który dwa lata wcześniej zmarł, podczas swojej zmiany. Stopniowo poznaje historię miejsca, w którym się obecnie znajduje i postaci z nim związanych. Wraz z nadejściem opadów śniegu, kierownik decyduje o zamknięciu zakładu, a bohater zostaje sam. Musi doglądać zakładu i pieca, który służy do suszenia drewna. Od tego momentu sprawy przybierają coraz dziwniejszy i niepokojący obrót.

Czym autor mnie przekonał

Książka Wojciecha Guni zawiera w sobie bardzo dużo przemyśleń głównego bohatera. Jest napisana w sposób zawiły. Zdania są długie i czasem trzeba coś przeczytać dwa razy, aby złapać pełny sens wypowiedzi. Z perspektywy niedoświadczonego czytelnika można się zniechęcić po paru pierwszych stronach. Osobiście uważam, że warto zagłębić się w ten świat. Każda myśl, każda rozmowa i każda wypowiedź narratora prowadzi nas do ciekawych i czasem niepokojących wniosków. Autor powoli odkrywa przed nami karty swojej opowieści. Pomimo, iż książka nie jest długa, sam poświęciłem na jej przeczytanie trzy wieczory. Po przeczytaniu kolejnego fragmentu, czułem ogromne zmęczenie, ale i satysfakcję. Następnego dnia sięgałem po nią chętnie, chcąc się dowiedzieć, co będzie dalej. Bardzo zżyłem się też z głównym bohaterem. Jego podejście do życia, małe potrzeby, sprawiły, iż od razu poczułem do niego sympatię. Przynajmniej na początku, ponieważ w toku powieści, wciąż odkrywamy nowe wydarzenia, które nim kierowały, co może zmienić perspektywę. 

Groza, ale w odpowiedniej dawce

Klimat od początku jest ciężki. Małe miasteczko, praktycznie bez perspektyw. Można powiedzieć, że praca w tartaku to jedyne miejsce w miarę stałego zatrudnienia. Sama okolica, też nie zachwyca. Baza również widziała lepsze czasy, chociaż kierownik stara się, jak może, to i tak ciągle brakuje pieniędzy na mniej pilne naprawy, czy udogodnienia. Atmosfera grozy nie uderza czytelnika od razu. Jest budowana stopniowo, dawkowana niczym silne lekarstwo, w małych ilościach. Na początku, pełen optymizmu bohater, wydaje się nie czuć depresyjności miejsca, w którym się znalazł. Zabieg ten bardzo przypadł mi do gustu. Niejako trochę zmusza czytelnika do dalszej podróży, aby odkryć tajemnice, które skrywa miasto, tartak i poprzedni dozorca. A naprawdę jest na co czekać. Samo podsumowanie wydarzeń oraz tego, jak książka się kończy, jest warte przeprawy. Pozostawia odbiorcę z ciarkami na plecach i masą rozmyślań. 

Podsumowanie

  Bardzo polecam książkę “Nie ma wędrowca” wszystkim fanom literatury grozy. Możliwość przejścia tej drogi z głównym bohaterem i jego przemyśleniami, pozwoli wczuć się w klimat powieści. Fani twórczości Lovecraft’a na pewno odnajdą tu coś dla siebie. Cieszę się z wyboru naszej koleżanki, gdyż najprawdopodobniej sam bym po nią nie sięgnął, a teraz wiem, że byłoby to wielką stratą. Jako ciekawostkę dodam, że w jej posiadanie weszliśmy przypadkiem, na wyprzedaży w Książnicy Podlaskiej i kupiliśmy ją za symboliczne 2 zł.  

Książka czwarta z cyklu „czytamy dzieciom, czyli sobie”. 

Do książki można mieć tylko jeden zarzut – nie ma dostępnej wersji elektronicznej. Chcesz się z nią zapoznać? Przygotuj się na wieczór spędzony z papierowym egzemplarzem w dłoni. W mojej opinii jest jednak ona tego warta. Mało tego, urok czytania samemu, wieczorem, przewracając strony, zagłębiając się coraz dalej w historię, wraz z zapachem książki dają magiczną atmosferę. 

Książka nie zapewni długich wieczorów rozrywki, tytuł można pochłonąć już w jeden wieczór. Mi zakończenie przygody z tym dziełem, zajęło niecałe pięć godzin, ale cóż to był za czas.

Co urzeka

“Nie ma wędrowca” urzeka kilkoma aspektami. Jednym z nich jest dopasowanie języka do realiów panujących w książce. Akcja dzieje się w małej miejscowości, można powiedzieć z dala od cywilizacji, więc spotkać się można z wieloma sformułowaniami używanymi na wsiach. Niektóre zapożyczone ze staropolszczyzny, inne z gwar terytorialnych. Taka mieszanka powoduje pogłębienie wrażenia zamkniętości tego małego społeczeństwa oraz uwidacznia brak wpływu cywilizacyjnego na tą miejscowość.

Kolejną rzeczą godną uwagi jest budowanie napięcia. Tytuł rozpoczyna się niewinnie, powoli zapoznając czytelnika z sytuacją, by stopniowo rozszerzać pogląd na panujące realia oraz rzucać coraz większe światło na zdarzenia z przeszłości. Katastrofalne w swoich skutkach, ale niezapomniane i niedające się zapomnieć. Czytając wieczorem nie raz można mieć wrażenie, że nie jest się samemu. Cudowna atmosfera.

Autor “Nie ma wędrowca” zastosował nietypowe rozwiązanie względem postaci. W żadnym momencie czytania tekstu nie jest podane imię głównego bohatera. Najbliższe przedstawieniu było stwierdzenie

„Powiedziałem, jak się nazywam, gdzie mieszkam i ile mam lat”.

Zabieg taki dystansuje postać od czytelnika, nie pozwala się z nią utożsamiać i zostawia aurę tajemniczości naokoło danej osoby. Takie podejście pasuje jednak w 100% do nastroju i klimatu książki.

Tematy poruszane są natury ciężkiej i mrocznej. Krwawe zdarzenia z przeszłości, co nas definiuje jako człowieka, przemijalność osób – to tylko niektóre z omawianych zagadnień tego głębokiego tytułu. Książka wstępnie miała być wzorowana na rzezi w Wołyniu, jednak autor podczas pisania zmienił realia, gdyż Wołyń jest tematem silnie obciążonym emocjonalnie. Jak sam pisze w podziękowaniu:

„Zmieniając realia, na ile mogłem, zredukowałem też ich drastyczność”

W skrócie

Podsumowując, dzieło Wojciecha Guni, pomimo stonowania przez autora, jest tytułem mrocznym, przepełnionym okrucieństwem i definitywnie wartym zapoznania się z nim. To nie jest łatwa lektura, ale taka, której warto poświęcić uwagę oraz zapewnić odpowiednią atmosferę. Nie jest to książka do czytania w blasku dnia, w parku lub przy porannej kawie. Jej miejsce jest podczas cichego, samotnego wieczoru, gdzie całą uwagę możesz przekazać tylko dla niej. Odwdzięcza się wtedy czytelnikowi w pełni.

“Nie ma wędrowca” to króciutka, nawet nie dwustu stronicowa, książeczka autorstwa Wojciecha Guni, która trafiła pod mój dach odrobinę przypadkiem. Zakupiona podczas wyprzedaży w lokalnej bibliotece, przeczekała na półce kilka miesięcy zanim trafiłam na jej nieliczne polecania w mediach społecznościowych. Jednakże zaintrygowana opisem, postanowiłam zaproponować tą pozycję do serii “Trzy perspektywy”.

Śnieżne pustkowia i mrok między słowami

Wydana w 2015 roku przez wydawnictwo “C&T”, znane mi głównie z wypuszczania na rynek opowieści Lovecrafta, na pierwszy rzut oka z całą pewnością nie zwraca na siebie uwagi. Jest niepozorna. Jestem jednak przeszczęśliwa, że zdecydowałam się po nią sięgnąć i wędrować razem z bohaterem wśród śnieżnych zasp. 

Książka opowiada o mężczyźnie, który spontanicznie przyjmuje posadę stróża nocnego w tartaku zwanym Bazą. Miejsce jest odosobnione, położone na odludziu i stworzone dla kogoś, kto chce zostawić świat za sobą. Nowy stróż nocny zagłębia się w historię życia swojego poprzednika – trudną i pełną tajemnic, która jest tak podobna do losów miejsca, w którym się znalazł. Echa przeszłości dają o sobie znać. Tymczasem nadchodzi zima i wysokie zaspy pokrywają wszystko dookoła. 

Ciężko pisać o fabule nie zdradzając z niej zbyt wiele. Każdy nowy fakt, każda odkryta karta jest cegiełką budującą całą opowieść i zmieniającą nasze postrzeganie tego, co już wiemy.

Kreacja bohaterów jest tu przeprowadzona po mistrzowsku – każdy z nich ma swoje poglądy, swój system wartości, swój język. Kiedy któraś z nich zabiera głos, można zazwyczaj bez pudła określić, do kogo należy wypowiedź. Podoba mi się, że takiego kierownika Bazy – surowego i dbającego jednocześnie o ludzi, można by spokojnie spotkać na swoim podwórku, w autobusie czy sklepie. 

Chciałabym tak pisać

Już od pierwszych linijek zachwyciłam się używanym językiem – niezwykle bogatym, barwnym, odmalowującym obrazy z taką dokładnością, że miałam poczucie, że tam jestem, że doświadczam tego, co bohaterowie. To fakt, że w książce są głównie długie, wielokrotnie złożone zdania, to dobrze oddaje klimat całej opowieści. 

“Być może ten zmurszały beton, ta zardzewiała stal, to zbutwiałe drewno są najpiękniejszymi formami materii, są w takich miejscach jak winylowa płyta, której dźwięk ujmuje ciepłem, a pokryte patyna nuty starcyh piosenek nabierają szlachetnego brzmiania, pełnego nostalgii i zadumy.”

Ale wracając do języka rozpływam się nad jego złożonością i poetyckością. Uwielbiam, jak wpływa i oddziałuje na zmysły przy opisach, łącząc w sobie nieoczywiste, ale jakże pasujące do siebie, kombinacje:

“Wziąłem głęboki oddech. Powietrze było zimne, ziemiste. Pachniało ciszą i przestrzenią.” 

Czytanie tej melodii słów skomponowanych w przemawiające do wyobraźni zdania, było satysfakcjonującym, wzruszającym i rześkim, jak wzięcie głębokiego wdechu w chłodny zimowy poranek, doświadczeniem. W pierwszym momencie pojawiło się skojarzenie z twórczością Lovecrafta, gdzie czytelnik ma również do czynienia z klimatycznym językiem i długimi, skomplikowanymi sentencjami. Już po kilku pierwszych stronach byłam przekonana, że warto było sięgnąć po “Nie ma wędrowca” choćby ze względu na ten zachwycający styl literacki. Pomyślałam wtedy, że chciałabym umieć pisać tak pięknie jak Gunia w tej książce… 

„Nie ma wędrowca” zmierza powoli, ale w jednym kierunku

Zapis wydarzeń przedstawionych w książce jest strumieniem świadomości bohatera. (Nie pamiętam jego imienia i teraz nie wiem, czy od początku był on bezimienny czy tylko ja przegapiłam tą informację. Opcja pierwsza wydaje mi się jednak bardziej prawdopodobna.) Z uwagi na to, wspomnienia i refleksje przeplatają się tu z nielicznymi zdarzeniami dnia codziennego. Akcja toczy się powoli i niespiesznie, zupełnie tak, jak życie w małych miasteczkach:

“Od zawsze czułem pociąg do tych wszystkich małych miejscowości,nad którymi unosiła się mgła bezczasu, milczącego i bliskiego zmęczonym duszom, które w zimnym powietrzu pustych miejsc odnajdują nieopisywalną błogość”

Tempo akcji jest tu wielkim atutem, bo na jego tle ma szansę wybrzmieć refleksja, a raczej wiele z nich. Muszę przyznać, że z powodu ich nieoczywistości i trafności zarazem, wiele z nich zapisałam, żeby móc jeszcze do nich wrócić. W żadnej książce nie zaznaczyłam jeszcze tylu cytatów. 

Psychologia bohaterów i lawina emocji

Z powodu pięknego języka i owej refleksyjności, całe dzieło odbieram jako melancholijne, co absolutnie nie oznacza nudne. Historia dotyka wielu trudnych wydarzeń, zagrzebanych gdzieś głęboko traum, z którymi bohaterowie starają sobie poradzić najlepiej, jak tylko mogą. Nie dla każdego przeszłość jest pasmem dobrych wspomnień pełnych rodzinnej miłości, zapachu chleba i maminych ciepłych dłoni. Książka brutalnie przypomina, że nigdy nie mamy pewności, co do losów drugiego człowieka, tego, czego doświadczył do tej pory, co uczyniło go takim, jaki jest w chwili, gdy go spotykamy. W moim odczuciu to też fascynujący obraz psychologicznych zmian zachodzących w ludziach oraz możliwość obserwowania odpowiedzi człowieka na spotykające go trudne wydarzenia. Moją smutną refleksją jest, że jakbyśmy się nie starali, nie da się uciec przed samym sobą. 

Książka “Nie ma wędrowca” wywołała we mnie istną lawinę, nieprzewidywalnych emocji. Dobrze, przyznaję, mało tam było zabaw czy radości, ale nie żałuję ani sekundy poświęconej na tą opowieść. Znalazłam tam wszystko, czego oczekują od literatury najwyższych lotów. Byłam pobudzona do myślenia i zmuszona do zrewidowania swoich poglądów. Jedna ze scen przyprawiła mnie niemal o mdłości i zszokowała. Kilka razy czułam się oniemiała i zbulwersowana wyborami dokonanymi przez bohaterów, a mimo wszystko ich postępowanie było logiczne z punktu widzenia kreacji postaci i psychiki ludzkiej. Scena z kociętami mnie wzruszyła., tak samo jak kartka zatytułowana “sen, niebo, gwiazdy”.  A do tego jeszcze gęsia skórka, narastające uczucie niepokoju, te niedomówienia… 

Nie wspomniałam jeszcze o wątku grozy, który jest tu budowany od pierwszych stron, choćby poprzez atmosferę, poczucie pustki i osamotnienia. Napięcie niepokoju narasta od samego początku, jest budowane konsekwentnie i z umiarem. Eskaluje powoli, wpełzając pod skórę, nie dając o sobie zapomnieć, a jednocześnie jest subtelne i delikatne, jak mżawka, w której idziesz i jej nie czujesz, aż nagle spostrzegasz, że jesteś przemoczony do suchej nitki. Takiej grozy wypatruję z utęskieniem. 

Zakończenie, pozostawiające po sobie pustkę

Nie mogłabym sobie wyobrazić lepszego zakończenia, które wbiło mnie w fotel. Uwielbiam zabieg zastosowany przez autora – trzeba się domyślać, co było prawdą, a co tylko wyobrażeniem. Po skończonej lekturze długo nie mogłam się otrząsnąć. Wiem, że to brzmi strasznie banalnie i wiem, że teraz przy co drugiej książce można przeczytać, że “zmieniła moje życie na zawsze”, a jednocześnie mam przeczucie, że ta historia w pewien sposób mnie złamała, powaliła na kolana, zostawiła po sobie pustkę i że zostanie ze mną na długo. To będzie coś, do czego na pewno będę chciała wrócić po latach, a mało jest takich rzeczy, bo przecież jest tyle nowych światów do poznania. 

Dobre rzeczy wymagają czasu

Muszę jednak uczciwie zaznaczyć, że to nie jest jedna z tych lekkich lektur, po które możesz sięgnąć w dowolnym momencie, na plaży, czekając w kolejce do lekarza, czy na przystanku. Kiedy już zatopisz się w tym świecie, on cię wciągnie i pochłonie w całości. Ciężko się oderwać i wrócić do rzeczywistości. Z uwagi na konstrukcję zdań, refleksje, atmosferę, poruszane tematy, to książka, która potrzebuje należytego skupienia, poświęcenia jej całej swojej uwagi i czasu. Tu nie trzeba się spieszyć. Dobrymi rzeczami warto się delektować. Dodatkowo wydaje mi się, że lektura wymaga pewnej dojrzałości od czytelnika, gotowości na przyjęcie tego rodzaju treści. 

Podsumowując

Komuś może przeszkadzać konstrukcja zdań, kogoś innego może przytłoczyć bogate życiewewnętrzna bohatera i jego przemyślania – w moim odczuciu wszystko jednak było dokładnie takie, jak miało być. No dobra, może poza wymianą zdań z księdzem, tam się naprawdę wszystko zrobiło zawiłe, nawet jak dla mnie. 

Tak naprawdę mogłabym się zachwycać tą lekturą bez końca, ale myślę, że lepiej będzie jak rzeczywiście sięgniecie po “Nie ma wędrowca” i przekonacie sią na własnej skórze, co ona robi z człowiekiem, do czego Was ogromnie namawiam.

Jeśli recenzja Cię przekonała do przeczytania, to możesz od razu nabyć swój egzemplarz – na przykład tutaj. Uczciwie Cię ostrzegam, że warto się pospieszyć, bo to trudno dostępny tytuł.

Jeśli chcesz przeczytać więcej postów z serii, gdzie wszyscy troje dzielimy się wrażeniami z lektury to sprawdź, co myślimy o „Carrie” lub „Silentium Universi”.

Przewijanie do góry