Melafiry

Melafiry, czyli podróż po niezwykłym wzgórzu

Był czas, gdy „Melafiry” wyskakiwały mi dosłownie z lodówki. Miałam wrażenie, że czytają to absolutnie wszyscy. Z każdej strony słyszałam też zachwyty. Moje oczekiwania urosły do niewyobrażalnych rozmiarów.

Pierwsze wrażenia, czyli ocenianie książki po okładce

Opis na okładce nieszczególnie mnie zachęcił – nie byłam przekonana, czy historia chorej dziewczynki i jej ojca jest dla mnie. Temat wydawał mi się zbyt ckliwy, zbyt dramatyczny, zbyt wzruszający.

Okładka mówiła mi coś zupełnie innego – nieustannie szeptała, że warto sięgnąć po lekturę. Klimat ciszy, spokoju, niesłychanego piękna, ale też tajemnicy, wabił mnie niczym syreni śpiew.

Rozdarta między opisem a okładką, przeczytałam pierwszy akapit:

Czekało; wzgórze umiało czekać. Otulone mgłą, z której mogło wyłonić się absolutnie wszystko, wyczekiwało, choć stan ten nie miał trwać wiecznie. Wzgórze pamiętało. Żyło wspomnieniem tych, co odeszli, ale i obecnością tych, co wracali. Oni wszyscy należeli do wzgórza.

Momentalnie się zachwyciłam. Od razu przyszło mi do głowy jakieś podskórne napięcie, unikatowy klimat, coś nieokreślonego. To sprawiło, że łatwo zanurzyłam się w historię. Dałam się jej pochłonąć w całości.

O czym właściwie są Melafiry?

Wbrew opisowi na okładce, nie uważam, że jest to historia chorej dziewczynki i jej ojca. Mała Gaja cierpi z powodu klątwy Ondyny – schorzeniu, przy którym „zapomina się oddychać”. Ksawery, jej ojciec, robi wszystko, co może, aby otoczyć ją jak najlepszą opieką. Poznajemy ich w momencie, kiedy przeprowadzają się do nowo wybudowanego domu na wzgórzu. W wieczór, gdy Ksawery urządza parapetówkę dla znajomych, dochodzi do zjawiska, którego nie da się logicznie wytłumaczyć – na zewnątrz pojawiają się tajemnicze światełka.

Następnie akcja toczy się dalej, swoim własnym niespiesznym tempem. Zdarzeń w książce jest w sumie niewiele. Akcja nie skręca nagle, nie wiadomo w jakim kierunku, ale trzyma równy, spójny rytm. To duża zaleta, ponieważ napięcie powoli zbiera się i kumuluje i to właśnie na nim się skupiamy. Jednocześnie to nie tak, że książka nie zaskakuje. Jest tu kilka plot twistów, ale ich tempo jest dopasowane do całej konwencji, przez co historia jeszcze bardziej zyskuje na znaczeniu.

No dobrze, ustaliliśmy, że to nie tylko historia walki z chorobą, więc o czym są Melafiry? W moim odczuciu pierwsze skrzypce gra tu Wzgórze – tajemnicze, nie do końca zbadane, owiane złą sławą. Towarzyszy mu Cisza, tutaj przedstawiona tak plastycznie, jakby była oddzielnym żywym organizmem. Jest też coś jeszcze, ale do tego wrócę później.

Bohaterowie, którzy schodzą na drugi plan

Biorąc do rąk Melafiry, przeczytamy o małej Gai – pełnej entuzjazmu i dziecięcej radości. Poznamy bliżej Ksawerego, który jest przedstawiony jako dobry, oddany ojciec. To postać tajemnicza i czytelnik do końca nie ma pewności, co siedzi mu w głowie. Miałam skojarzenie z genialnym, ale i szalonym artystą, gdy o nim myślałam.

Jest jeszcze Leo, czyli Eleonora, przyjaciółka z dzieciństwa Ksawerego, która bardzo nie chce wracać na wzgórze i pamiętać, co wydarzyło się tu przed laty. Łatwiej nie myśleć, zakopać gdzieś głęboko w sobie niewygodne i bolesne wspomnienia. Tymczasem, jej chłopak Łukasz, zostaje opętany wizją zakupu ziemi na wzgórzu i urządzenia tam ekskluzywnego sanatorium.

Ważną postacią jest również Mona, która postanawia napisać artykuł o tych terenach i to właśnie dzięki niej czytelnik poznaje przeszłość tego miejsca.

Mimo że każda z tych postaci jest charakterystyczna, że wnosi coś do historii, to wciąż odnoszę wrażenie, że ich życie wewnętrzne, ich emocje, czy pragnienia schodzą na drugi plan, bo Wzgórze i jego tajemnice stoją na pierwszym miejscu. To nie ocena, a bardziej spostrzeżenie. Co więcej, dla historii może to i lepiej, że nie zagłębiamy się za bardzo w życie wewnętrzne bohaterów? Dzięki temu jest bardziej tajemniczo.

Tajemnice, cisza i zapach mchu

Jak pisałam wcześniej, język zachwycił mnie od pierwszego akapitu – ten średnik! Wiem, to może i dziwne, że zachwycam się średnikiem, bo kto normalny zwraca uwagę na znaki interpunkcyjne w takim stopniu, ale to obecnie mało używany znak, więc cieszę się, że ktoś go jeszcze wykorzystuje.

Słownictwo używane przez autorkę bardzo przypadło mi do gustu. Tutaj każde słowo niesie za sobą znaczenie i buduje klimat (np. efemeryczne). Chwilami bywa też zabawnie:

Teoretycznie – piękne okoliczności przyrody. Praktycznie – środek niczego.

Nadal bez reakcji. Słownej, bo kiedy zagapił się w boczną szybę, nieznacznie podkręciła temperaturę w jego siedzeniu. Nie zorientował się, ale za chwilę powinien poczuć się niekomfortowo, tak jak ona w tym momencie. Podgrzewany fotel jako narzędzie zachowań pasywno-agresywnych, to takie jej stylu.

Nie dajcie się jednak zwieść – choć słownictwo bywa czasami nietuzinkowe, to książki się nie czyta, przez nią się po prostu płynie. Zanurzasz się w świecie przedstawionym, tak głęboko, że za chwilę nie wiesz, co jest prawdą, a co fikcją. Czas płynie przy tej lekturze jak z bicza strzelił, że ledwo się orientujesz, iż koniec historii jest tuż za rogiem. To jedna z tych nieodkładalnych pozycji.

Wzgórze pochłonęło mnie bez reszty

Kiedy przebywałam wraz z bohaterami na wzgórzu pełnym melafirów, dałam się porwać temu klimatowi pełnemu wyczekiwania, tej atmosferze przesyconej podskórnym niepokojem. Cała historia wydawała mi się odrobinę baśniowa. Mgły panoszące się między drzewami i leśnymi ścieżkami wprowadzały nie spokój, ale pewien rodzaj odrealnienia albo oniryczności. A może jedno i drugie?

Szczególnie spodobała mi się personifikacja ciszy. Tutaj ona nasłuchuje, przygląda się. Czasem potrafi być złowroga i sunąć po wzgórzu. Podkreślam, jakie wrażenie zrobił na mnie ten zabieg, ponieważ sama ciszę postrzegałam zawsze jako coś zupełnie innego – coś bezpiecznego, kojącego, otulającego. Tutaj tak nie jest, cisza nie jest pustką – jest obecnością, tyle że bez słów. Została wyrzeźbiona z nicości jak z gliny – obserwuje, żyje, snuje się po wzgórzach i między drzewami, a jeśli wsłuchasz się w nią odpowiednio, możesz usłyszeć jak oddycha.

W każdym razie czytając pozwoliłam się pochłonąć tamtym lasom, otoczyć zapachem mokrego mchu i paproci. Niezwykła siła i moc „Melafirów” tkwią właśnie w tym klimacie, w tych niedopowiedzeniach, w chwilach, gdy miałam gęsią skórkę i wciąż zadawałam sobie pytanie, czy to prawda, czy tylko mi się wydawało?

Czy warto sięgnąć po „Melafiry”?

Jeśli pytasz mnie — tak, warto. Mnie „Melafiry” uwiodły. Gęstym klimatem, nieoczywistą narracją, duszną atmosferą, która wpełza pod skórę jak mgła między drzewa.

Chociaż „Melafiry” bardzo przypadły mi do gustu, jak zawsze, to nie jest książka dla wszystkich. Nie ma tu dużo akcji, a przedstawione zdarzenia toczą się swoim rytmem, czyli niespiesznie. Ciężko też odróżnić, co jest rzeczywistością, a co wytworem wyobraźni bohaterów. Szukałam w głowie porównania, żeby lepiej przybliżyć klimat powieści, ale nie mogłam znaleźć niczego podobnego. Melafiry są unikatowe.

Zakończenie, które moim zdaniem bardzo pasuje do całości i dobrze się z nią spaja, dla niektórych również może być problematyczne, bo nie wyjaśnia jednak wszystkiego, a zostawia pewne pole do interpretacji. Natomiast jeśli lubisz mroczny gęsty klimat, zapach mchu, lubisz gonić za tajemnicą to myślę, że to może być strzał w dziesiątkę, zwłaszcza w długie jesienne wieczory, gdy mgły pełzną przed siebie.

Autor: Anna Robak-Reczek
Tytuł: Melafiry
Rok wydania: 2025
Ilość stron: ok. 230
Dla miłośników: tajemnicy, niewyjaśnionych zdarzeń, tragedii z przeszłości, zbrodni, niepowtarzalnego, gęstego klimatu
Czy przeczytam jeszcze raz: mogłabym i chętnie będę polecać innym

Książkę przeczytałam w ramach akcji BookTour z „Melafirami”, dzięki uprzejmości:
– wydawnictwa Pulp Books
– autorki Anny Robak-Reczek
– organizatorki BookTouru Malwinie

Przewijanie do góry