“Martwy ciąg” jest reklamowany jako horror rozgrywający się na siłowni. I akcja rzeczywiście głównie tam się właśnie rozgrywa. Jeśli zaś chodzi o przynależność do gatunku, to wrócimy do tego jeszcze później. Autor – Tomasz Kozioł – napisał wcześniej “Dziewczynę, która klaszcze” i to dlatego go kojarzyłam. Jego poprzednią książkę zapamiętałam – a to już był dobry znak. Ten fakt oraz gra słów w tytule sprawiły, że sięgnęłam po “Martwy ciąg”.
Gdzieś w piwnicy
Trener Staliński postanowił otworzyć siłownię i ma już nawet lokal. Zanim to się jednak uda, trzeba zrobić remont. Zajmują się tym, a także wieloma innymi rzeczami, jego podopieczni, w zamian za wikt i opierunek.
Cena jest jednak wyjątkowo wysoka – mężczyźni zasadniczo mieszkają w remontowanych pomieszczeniach, muszą być bezwzględnie posłuszni trenerowi, są niedożywieni i wykorzystywani do morderczej pracy. Na treningi, o które chodziło im od samego początku, nie starcza już czasu.
Właśnie wtedy dochodzi do śmiertelnego wypadku. Jego świadkami są trener i jego czterej podopieczni. Śmierć nie jest jednak najlepsza dla biznesu, dlatego też Staliński nakazuje pozbycie się problemu i odmalowanie sali…
To doświadczenie wpływa na chłopaków, którzy muszą nagle zdecydować, czy być lojalnym, czy postąpić w zgodzie z własnym sumieniem. Czytelnik poznaje tu przede wszystkim rozterki Andrzeja, który jest głównym bohaterem całej historii.
Andrzej, czyli Endrju
Byłam zaskoczona, że polubiłam go niemal od razu, chociaż cały czas powtarza:
Siłę się szanuje.
A ja mam do tych słów ambiwalentny stosunek. Jednakże Andrzej wierzy w to bardzo mocno. Chce być silny, trenować i stawać się coraz sprawniejszy. Brak czasu na ćwiczenia fizyczne mocno go uwiera. Z czasem okazuje się, jaka była jego pierwotna motywacja do podejmowania tego typu wysiłku.
Andrzej to w moim odczuciu taka poczciwa, prostolinijna dusza. Mięśniak o gołębim sercu. Chce dobrze, a w praktyce różnie wychodzi. W sumie podobało mi się przedstawienie dużego chłopaka, skupionego niemal wyłącznie na przyroście masy mięśniowej, jako kogoś, kto ma dużo bardziej rozbudowane życie wewnętrzne, niż można go o to podejrzewać. To zerwanie z pewnym stereotypem.
Jednocześnie irytowała mnie jego naiwność, ślepa wiara w dobre intencje trenera oraz swego rodzaju nieporadność życiowa.
Andrzej miał mnóstwo wątpliwości jak postąpić, po tym, czego doświadczył. Podobało mi się, jak rozwijał się jego konflikt wewnętrzny. To zdecydowanie mocny punkt tej książki. Trzeba jednak zaznaczyć, że taka przemiana wewnętrzna nie jest procesem nagłym, wymaga czasu i cierpliwości. W związku z tym, akcja toczy się w statecznym, raczej wolniejszym tempie.
Karykatura trenera
O ile Andrzeja można w jakiś sposób polubić, czy próbować zrozumieć, to rzecz ma się zgoła inaczej w przypadku trenera Stalińskiego. To postać, która od początku budzi antypatię i odrazę. Sposób, w jaki traktuje swoich podopiecznych, budzi mój głęboki sprzeciw. Jego powiedzonka i używane makaronizmy również irytują, a jest ich całkiem dużo. Chociaż ten element nie budzi mojego zachwytu, to jednak muszę przyznać, że jest czymś charakterystycznym dla tej postaci, a to świadczy, iż jest ona dobrze zbudowana. Przynajmniej pod tym względem.
Do trenera idealnie pasuje określenie “śliski typ” – obrzydliwy, odpychający, wiecznie stawiający się ponad innymi, przekonany o własnej wspaniałości i nieomylności, a jednocześnie cwaniakowaty, skąpy, małostkowy. To ten typ osoby, którą w prawdziwym życiu omijam szerokim łukiem. Tak na wszelki wypadek.
On również ma za sobą trudną przeszłość, co może w pewien sposób wyjaśnić mechanizmy prowadzące do powstania takich, a nie innych wzorców zachowania. To go nie tłumaczy, ale jest ciekawe do obserwowania.
Trener Staliński jest przerysowany, co mi osobiście nie przeszkadza. To typowy antagonista i tu czytelnik nie ma żadnych wątpliwości.
Reszta ekipy
Pozostali podopieczni grają marginalną rolę. Podobnie, jak dziewczyna, która pojawia się na krótką chwilę, by później nie występować już więcej na kartach książki. Ciężko mi to jednoznacznie ocenić. Z jednej strony można by było to rozwinąć, z drugiej, czy to nie jest tak, że dzięki takiemu zabiegowi łatwiej się skupić na Andrzeju, który jest tu jednak głównym bohaterem? Na pewno warto się nad tym zastanowić.
Chociaż postacie pozostałych chłopaków, nie są aż tak rozwinięte, czytelnik może jednak obserwować, jak udział w śmiertelnym wypadku wpływa na każdego z nich i w jaki sposób starają się poradzić sobie z szokiem oraz prawdopodobnie traumą, której doznali. To ciekawe z psychologicznego punktu widzenia. Lubię obserwować zachodzące w bohaterach przemiany wewnętrzne.
Wrażenia z zajęć na siłowni
“Martwy ciąg” poznawałam w formie audiobooka i w związku z tym, nie mogę ocenić, jak zrobiono korektę. Samo wydanie na pewno cieszy oko, bo widziałam je w księgarniach – okładka przykuwa wzrok nastrojową grafiką oraz barwionymi brzegami.
Książkę napisano prostym językiem, niepozbawionym przekleństw w wypowiedziach bohaterów. Często można było odnaleźć wyrażenia potoczne. Nie miałam problemu w zrozumieniu treści, a całość zaliczam do przyjemnej w odbiorze. Podejrzewam, że szybko by się to czytało na papierze.
Krew, pot i łzy
“Martwy ciąg” przenosi czytelnika wprost na siłownię, gdzie niemal można poczuć zapach metalu i usłyszeć stukot sztangi uderzającej o ziemię.
Siłą tej książki są zdecydowanie opisy zarówno ćwiczeń, jak i pracy mięśni podczas ich wykonywania. Nie ukrywam, że siłownia to nie jest mój naturalny habitat, a bardziej dziewicze tereny. Po przeczytaniu książki, po raz pierwszy pomyślałam, że może nie jest tak strasznie, jak mi się wydawało.
Opisy ćwiczeń z wykorzystaniem kettli, były bardzo inspirujące, aż postanowiłam wyszukać, jak wygląda bułgarski przysiad (czy coś takiego).
Chociaż mi się podobało, rozumiem, że będą osoby, którym ten element może nie przypaść do gustu – to znacznie spowalnia akcję, już i tak wolną.
Czy straszy?
Jak pisałam na początku, “Martwy ciąg” jest klasyfikowany jako horror. Rozumiem jednak, że można mieć wątpliwości. Chociaż polubiłam Andrzeja i z uwagą śledziłam jego wewnętrzną przemianę i nawet, gdy całość odbieram jako przyjemną, to jednocześnie nie czułam zbyt wiele napięcia.
To zdecydowanie nie jest slasher, gdzie trup się gęsto ściele. Mamy sporo życia wewnętrznego i moralnych rozterek, i z tego względu zaklasyfikowała bym ją raczej w stronę horroru psychologicznego lub nawet thrillera psychologicznego. Zabrakło jednak napięcia, jakiegoś suspensu.
Mało się dzieje, jeśli chodzi stricte o wydarzenia. Przyzwyczaiłam się, że w takim przypadku, to język tworzy cały klimat i atmosferę grozy. “Martwy ciąg” może wywoływać uczucia klaustrofobii, ciasnoty, zaszczucia, poczucia beznadziei i jednocześnie mało w tym wszystkim takiego narastającego z każdą kartką niepokoju, poczucia zbliżania się do nieuniknionej katastrofy.
Zakończenie jest jednak mimo wszystko satysfakcjonujące.
Podsumowanie
“Martwy ciąg” to w mojej opinii solidna książka, przy której na pewno można się dobrze bawić. Należy się jednak odpowiednio nastawić – akcja toczy się odrobinę wolniej, trener wyjątkowo irytuje, a my zaglądamy Andrzejowi do środka. Jeśli chodzi o horror to cios raczej minął się z nosem, niż był nokaut. Osobiście traktuję ją jako coś lżejszego, bez przeżywania katharsis.
To historia, która buduje się powoli, jak masa na siłowni, ale po dźwignięciu w powietrze daje satysfakcję z podjętego trudu.
Tytuł: Martwy ciąg
Autor: Tomasz Kozioł
Wydawnictwo: Mięta
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 464
Odpowiednie dla miłośników: horrorów, wolniejszego tempa akcji, nieoczywistych bohaterów, przyjemnej w odbiorze lektury, siłowni i ćwiczeń fizycznych
Czy przeczytam jeszcze raz? Na razie nie planuję, ale mogłabym kiedyś wrócić


