“Inspektorium” to książka Marka Zychli, którą, chyba ze względu na szum wokół niej, chciałam bardzo przeczytać. Piwnice, łańcuchy, mroczne tajemnice to było coś, co mnie do niej przyciągało i wabiło, jak syreni śpiew. Tak się szczęśliwie złożyło, że wygrałam ją w jednym z rozdań organizowanych na Instagramie.
Pierwsze wrażenie
Twarda oprawa, barwione brzegi, fakturowana, trochę szorstka w dotyku okładka, alarmujące kolory i intrygująca grafika sprawiają, że “Inspektorium” przyciąga wzrok stojąc na półce. Zdecydowanie się wyróżnia, że aż chce się po nią sięgnąć i zatopić w lekturze.
Na samym początku poznajemy odrobinę realia życia w miasteczku, skąd pochodzą bohaterowie. Świat ten wydał mi się świeży i intrygujący. Dziurlice, ograniczony dostęp do towarów, przymus zachowania ciszy, tatuowanie gwiazdek… Tego jeszcze nie było.
Fabuła opowiada o kolegach i koleżankach z najstarszej klasy, którzy trafili nocą do ciemnej, mrocznej piwnicy. Nie wiedzą, co ich czeka, czego mogą się spodziewać, by na końcu odkryć tajemnice. Wypatrywałam jakiegoś dobrego uzasadnienia, dlaczego do tego doszło, jak zamierzano z nimi postąpić. Napięcie narastało, a pytania raczej się mnożyły niż ich ubywało. Kolejne sceny szokowały, niektóre z nich wydawały mi się być nieco brutalne. Co się z nimi wszystkimi stanie?
“Inspektorium” mnie zaskoczyło
Cały świat jest tu mocno dziwny i pokręcony – naprawdę nie umiem na to odnaleźć lepszego, bardziej trafnego określenia. W mieście brakuje mężczyzn, jak wspomniałam wcześniej należy zachować milczenie, od dzieci wymaga się bezwzględnego posłuszeństwa, podobno gdzieś czają się kule i trwa wojna, chociaż nikt nic nie wie na pewno. Dziwne. Do tego jeszcze młodzież w odpowiednim wieku trafia do piwnicy… To wszystko intryguje, ale początkowo zdaje się nie trzymać w ogóle kupy, jakby to był tylko zbiór niepowiązanych ze sobą w żaden sposób faktów. Czytając, miałam poczucie surrealizmu i nieustannie pytałam sama siebie “ale dlaczego?”. Przykład? Proszę bardzo – należy zachować milczenie, ale bohaterowie poruszając się wzdłuż dziurlic mają przymocowany ciężki łańcuch, który przecież sam z siebie musi bardzo hałasować, więc dlaczego? Nie wiem. Pewnie się nie dowiem.
Ta dziwność sprawia, że paradoksalnie jeszcze bardziej chciałam czytać dalej, żeby odnaleźć wyjaśnienie.
Książkę podzielono na dwie części. Akcja każdej z nich dzieje się w innym miejscu, a czytelnik dostaje mapę, aby łatwiej mu się było połapać w topografii. Fajnie, doceniam. Prywatnie jestem miłośniczką map. Gdyby ktoś miał mi kupić pamiątkę, to mapa będzie w sam raz.
Akcja rozgrywa się gdzieś w Polsce, w przyszłości. Lubię takie umiejscowienie wydarzeń, bo nagle wszystko wydaje się odrobinę bardziej swojskie. Takie z własnego podwórka, swojskie.
Zaskakuje mnie zakorzenienie niektórych wydarzeń, czy zjawisk w biologii – oczywiście na wielki plus. Dzięki temu wyjaśnienia wydają się bardziej realne, spójne z tym, co sama wiem o świecie. Szczególnie przypadł mi do gustu fragment tłumaczący, jaką rolę odgrywa tatuowanie – to jest spójne, dziwnie pokrętne, ale wciąż nie pozbawione sensu.
Dwa szczyty
Największy szok przeżyłam jednak w innych miejscach. Dwóch konkretnie.
Pierwszy raz, gdy dowiedziałam się, że tytułowe Inspektorium nie jest miejscem, jak zakładałam. To nie żadna lokacja, żadna instytucja. To, coś zaskakującego i zupełnie innego.
Drugi raz, gdy kończy się pierwsza część i ostatecznie dowiadujemy się, jaki był powód przetrzymywania młodzieży w piwnicy. Przewróciłam wtedy oczami i to nie miało nic wspólnego z ekstazą z zachwytu. Z każdą kolejną przeczytaną stroną, musiałam jednak przyznać, że takie podejście do tych konkretnych (oczywiście, że nie zdradzę Wam jakich), oklepanych motywów tu jest świeże i innowacyjne. Miodzio. Znajdowało jakąś przyczyną, jakieś logiczne wyjaśnienie, które znów było intrygujące.
I tyle było z pozytywów
Chociaż akcja drugiej części książki toczy się w równym podobnym tempie, co pierwsza, to po odkryciu kart i rozszyfrowaniu tajemnicy, nie bawiłam się już tak dobrze. Jakby to odpowiednio ująć… Może mała metafora pomoże. Niech będzie, że lubiłam parówki -jadłam je na tyle często, że teraz mam ich dość, więc niezależnie od formy podania, tego jak ładnie są opakowane, w jakim towarzystwie je zaserwowano, wciąż jeszcze nie mam na nie ochoty. Tak, to moje mocno subiektywne odczucia i nic na nie nie poradzę.
Bohater jest tu zbiorowy, bo śledzimy losy całej klasy z jednego rocznika. Narrator przeskakuje od jednej osoby do drugiej. Mam przez to wrażenie, że żadnego z bohaterów nie znam przez to głębiej, nie rozumiem tak naprawdę motywacji. Rozumienie jednak to jedno, gorzej, że oni mnie po prostu nie obchodzą – wszystko mi jedno, co ich spotka, gdzie trafią, kto zginie, kto przeżyje. No niestety, ale nawet powieka by mi nie drgnęła, gdyby nagle pod koniec książki kazano ich wszystkich rozstrzelać… To nie to, że przeszkadza mi bohater zbiorowy, albo to, że mamy kilku różnych bohaterów, to po prostu obojętność na ich losy w tym konkretnym przypadku, sprawia, że to dla mnie bardziej wada niż zaleta.
Książka, poza ciekawością, zaintrygowaniem czy dziwnością, wywołała we mnie niewiele więcej emocji. Znów, to mocno subiektywna sprawa. Muszę przyznać, że sceny rozgrywające się w piwnicy dla wielu czytelników mogą się wydać szokujące, niespodziewane, brutalne, ja jednak czułam się, jak bierny obserwator – chociaż to wszystko rozgrywało się tuż przed moimi oczami, to nie wzbudziło to moich emocji. Nie tego szukam w książkach.
No i całkowicie nierealne wydaje mi się fakt, że całe miasteczko uczestniczy w zmowie milczenia, plotki nie istnieją, nie krążą absolutnie żadne legendy, czy nawet przypuszczenia, co do tego, czym jest piwnica i co się w niej odbywa, jaki jest powód. Ludzie lubią gadać, snucie domysłów, czy opowiadanie historii leży w ich naturze, więc zwyczajnie ciężko mi w to uwierzyć.
Grzech główny „Inspektorium”
Jeden, za to niewybaczalny. Historia kończy się w momencie, gdy wszystkie wątki nie są zamknięte, bohaterowie dryfują w zawieszeniu, czytelnik musi się zadowolić posłowiem i obietnicą odwiedzenia supermiasta w kolejnym tomie. Najbardziej bulwersuje mnie fakt, że Wydawnictwo Mięta nigdzie na okładce nie dało w jakikolwiek sposób znać, że to zaledwie pierwsza część większej całości. Ostatnio spotykam się z takim zabiegiem coraz częściej i denerwuję się też coraz bardziej. Być może innym to nie przeszkadza, ale ja osobiście wolę rozpoczynać lekturę, gdy mogę od razu sięgnąć po kolejne tomy albo przynajmniej podejmuję decyzję świadomie – kupię już teraz, ale wiem, że z czytaniem poczekam na kolejną część.
Podsumowując
Nie umiem przyrównać tej książki do niczego innego. Nawet gatunek wymyka mi się z rąk. Dziwność przedstawionego świata i młodzi bohaterowie z pewnością znajdą swoich zwolenników i zupełnie mnie to nie zaskakuje, bo sama do pewnego momentu bawiłam się całkiem nieźle. Jednakże obecnie, sięgając po książkę, oczekuję po prostu czegoś innego, czegoś, co wywoła silne emocje, czegoś, czego tu po prostu nie dostałam. Dobrze jednak, że takie książki jak “Inspektorium” powstają – dla mnie to niezaprzeczalny dowód na nieskończoną kreatywność ludzkiego umysłu i ukazanie, jak nieszablonowo można podejść do znanych motywów tak licznie wykorzystywanych w literaturze i filmie. Chociaż sama, z wyżej wymienionych względów, oceniam ją jako “nie dla mnie”, to zdecydowanie polecam, żeby po nią sięgnąć i przekonać się na własnej skórze, czy jeszcze nie znudziły Ci się parówki.
Tytuł: Inspektorium
Rok wydania: 2025
Autor: Marek Zychla
Ilość stron: 320
Odpowiednie dla: fanów dziwności i nieszablonowych rozwiązań, motywów dobrze znanych w popkulturze, ale wykorzystanych w innowacyjny sposób
Czy przeczytam jeszcze raz? Raczej nie


