Haar – mix gatunków i mieszane uczucia

Książka “Haar” Davida Sodergrena miała pik swojej popularności latem 2025 roku. Miałam wtedy wrażenie, że wyskakuje mi niemal z lodówki, choć bardziej adekwatna byłaby jednak wanna. Dałam się skusić, by poznać ją bliżej, ale z jej oceną musiałam się wstrzymać – nie do końca wiedziałam, co o niej myśleć. Od lektury minęło już kilka ładnych miesięcy, a ja nadal mam mieszane uczucia, podobnie jak autor połączył w jedno horror i romans.

Sielanka nigdy nie trwa wiecznie

Akcja rozgrywa się w małej szkockiej wiosce Witchaven. Kiedyś jej mieszkańcy trudnili się głównie połowem ryb, dzisiaj to deweloper rozdaje karty i wymyślił, że może tu powstać ośrodek wczasowy, czy inny kurort. Jak to w życiu bywa, często siła pieniądza jest silniejsza niż ludzkie przyzwyczajenia i sentymenty – tak rozpoczynają się masowe wysiedlenia. 

Muriel ma 84 lata. Jest wdową, której morze zabrało męża 12 lat temu oraz jednym z ostatnich bastionów broniących ziemi Witchaven. Podczas gdy inni, nieliczni już mieszkańcy, zgadzają się na rekompensatę pieniężną i przesiedlenie, ona trwa przy swoim postanowieniu, by pozostać w swoim domu. 

Wielki gracz wciąż naciska byle tylko się jej pozbyć. Pewnego dnia znad morza nadciąga Haar, czyli tajemnicza, zagadkowa i nieprzenikniona mgła. Podczas spaceru Muriel znajduje coś niezwykłego – zupełnie nieznaną istotę i postanawia się nią zaopiekować. Zanosi ją do swojej wanny i opiekuje się nią najlepiej jak umie. Odkrywa, że aby tajemnicza istota mogła wrócić do sił, potrzebuje krwi. W tym samym czasie, deweloper posuwa się coraz dalej i dalej w swoich działaniach, aż do nieczystych zagrań, aby tylko wykurzyć Muriel z jej domu… 

Walka z wiatrakami w Haar

Na czele firmy deweloperskiej stoi Patrick Grant, który jest ucieleśnieniem wszelkiego zła. Bezwzględny i amoralny nie cofnie się przed niczym, by uzyskać obrany cel. Równie zepsuty jest jego syn i pracownicy. Wszyscy oni sprawiali, że mieszkańcy czuli się zaszczuci:

“Wojna psychologiczna, do tego się to sprowadzało. Nie, nieprawda. Wojna oznacza walkę pomiędzy dwiema wrogimi stronami. A tutaj wielomiliardowa amerykańska korporacja wystąpiła przeciw jednej malutkiej szkockiej wiosce. To nie była wojna. To były tortury, to się rozumiało samo przez się.”

Antagonista jest tu przedstawiony w sposób bardzo stereotypowy i bardzo dosłowny. Nie ma żadnych zaskoczeń w tym temacie, a to upraszcza fabułę. 

Bohaterska Muriel

Na drugim końcu znajduje się schorowana staruszka, która nie chce wyprowadzać się z domu – w końcu spędziła w nim wiele szczęśliwych lat. Na pierwszy plan wysuwa się jej tęsknota za zaginionym mężem oraz pragnienie, by jak najszybciej do niego dołączyć. Muriel kurczowo trzyma się tego, co znane i kochane. 

Kobieta desperacko skupia się na przeszłości, rozpamiętując ją i pogrążając się wciąż we wspomnieniach. Ignoruje również fakty: jest sama na wyspie, jej rodzina jest daleko, staje się coraz mniej sprawna. Odrzuca również Artura, który od wielu lat czeka, aż kobieta wreszcie zacznie go dostrzegać. Muriel mogłaby ruszyć dalej, ułożyć sobie jakoś życie. Myślę, że jej mąż również by tego chciał. 

Niektórzy mogliby ją postrzegać, jako wyjątkowo niezłomną – w końcu sama stanęła przeciwko całej korporacji, nie dała się przekupić, ani wysiedlić. Mam jednak wrażenie, że to tylko pozory oraz pretekst, by pozostać w miejscu. Muriel boi się ruszyć do przodu i zostawić za sobą przeszłość. Zostaje nie z powodu ideałów, ale z powodu strachu przed nieznanym. Widzę tu jej upór, sztywne wzorce zachowań i brak elastyczności, które bardzo utrudniają codzienne życie. 

Tęsknota za mężem, za ukochanym Billym, sprawia, że kobieta traci obiektywny osąd rzeczywistości. Przelewa całą swoją miłość na istotę z głębi oceanu, zaledwie przypominającą jej tą jedną, upragnioną osobę. Stwór mieszkający w wannie dostaje własne imię – Avalon, a kobieta pozwala mu na dokonywanie rzeczy, uznawanych powszechnie za niedopuszczalne. 

W innych recenzjach często czytałam o love story – ja tak tego nie postrzegam. Widzę za to starszą samotną kobietę uciekającą w świat wyobrażeń, tęsknoty za mężem, za miłością i za tym, co znajome i bezpieczne, zamiast zmierzyć się z otaczającą rzeczywistością oraz przystosować się do nowych warunków. Żal mi Muriel. To nie była miłość, a tylko próba wypełnienia pustki. 

Istota z głębin

Być może odrobinę to niestandardowe, ale najbardziej kibicowałam właśnie jej. Istota ma swoje własne cele i nie ukrywa ich. Ma też zupełnie inną perspektywę na dobro i zło. 

Szczególnie mocno przypadły mi do gustu opisy tęczowych barw istoty oraz jej sposobu poruszania się w wodzie. Warto też podkreślić jej poczucie humoru ujawniające się między innymi w scenie ataku na budowlańców – czytałam z satysfakcją, jaki fortel przygotowała. 

Krew się leje strumieniami

“Haar” to horror z tego rodzaju, gdzie mamy kilka trupów oraz całkiem sporo krwi. Z tego względu zahacza o odrobinę gore. Avalon rozprawia się ze złoczyńcami w sposób więcej niż spektakularny:

“Salon wyglądał jak rzeźnia. Krew przesiąkła przez kanapę i dywan. Ściany także były nią schlapane. Coś skapnęło na głowę Muriel, więc podniosła wzrok, by spojrzeć w sufit. Jeszcze więcej krwi. Była wszędzie. Pokój cuchnął śmiercią. Wyglądał, jakby ktoś – albo coś – po prostu… e k s p l o d o w a ł.” 

Do tego robi to w sposób zabawny. Przez taką konwencję, ciężko mi traktować “Haar” poważnie. Mam wrażenie, że wszystko ma być tu “bardziej”, że ma być dużo, szybko, wesoło, namiętnie. Z tego względu przychodzi mi na myśl, że książka ociera się o pulp. 

Nawet bez wprowadzania zmian w fabule, byłaby to idealna historia do zekranizowania. Cały czas coś się dzieje, więc jeśli koniecznie chcesz, to możesz zobaczyć drugie dno, ale jeśli nie, to można się po prostu cieszyć Muriel walczącą z Grantem, czy Avalonem atakującym złoczyńców. Zdawałoby się, że w obu wypadkach jest win-win. 

Ideałów nie ma

W myśl powyższej zasady czas na sekcję, gdzie sobie narzekam. Pisałam już, że Muriel jest uparta? Pisałam, ale chyba nie podkreślałam, jak bardzo mnie irytuje. Stanie w miejscu i kurczowe trzymanie się przeszłości nie jest romantyczne, a zwyczajnie głupie. W żaden sposób nie rozwija i niczego nie zmienia. Lubię, gdy bohaterowie czegoś się uczą, zmieniają się w jakiś sposób, a Muriel – no cóż… 

Ci, którzy mają lekturę za sobą mogli by tu zarzucić, że przecież poszła do przodu, coś zmienia. Nic bardziej mylnego. Nadal wolała trzymać się wspomnień o mężu niż budować nowe. Nie ruszyła się tak naprawdę z miejsca. 

Denerwuje mnie również język. Korekty absolutnie się nie czepiam, bo nie ma czego. Z moją cierpliwością igra za to długość zdań. Dominują tam zdania krótkie. Przez większość lektury czułam się jakbym czytała jakąś depeszę i to taką, która ma ograniczoną liczbę znaków. 

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu czytelników krótkie zdania będą niewątpliwym atutem – przyspiesza to czytanie i częściowo tempo akcji, wszystko wydaje się bardziej dynamiczne. Nie jest to natomiast język, za którym przepadam. Preferuję jednak nieco bardziej rozbudowane konstrukcje, z większą ilością przymiotników chociażby.

Można by się zastanowić nad sposobem prowadzenia narracji. Autor prowadził ją w trzeciej osobie, jednak ze względu na to, że nie ma tu wielu bohaterów poza Muriel, może warto byłoby patrzeć na wszystko jej oczami? Nie wiem, tak sobie tylko rozważam.

Polskie wydanie

Okładka przyciąga wzrok ciekawą grafiką utrzymaną w odcieniach czerwieni. Wewnątrz znajdziemy dodatkowo czarno-białe ilustracje, które uzupełniają oraz wzbogacają treść. 

Zagadką pozostaje dla mnie jednak, czym się kierował wydawca przy wyborze fontu? Wydaje się on szczególnie szeroki i pogrubiony. Miałam przez to nieustannie wrażenie, że książka do mnie krzyczy i to mnie zwyczajnie męczyło.

Mam pewną śmiałą teorię, iż chodziło tylko i wyłącznie o to, by sztucznie podbić liczbę stron. Po co? Z uwagi na język, elementy gore i całą konwencję, to idealna książka na jeden wieczór. Ona nie musi być duża objętościowo, by spełniała swoją rolę, czyli w tym przypadku dostarczała czystej rozrywki. 

Czy warto dać się pochłonąc przez Haar?

To zależy, co lubisz. Nie przeszkadzają mi krwawe sceny, ani flaki latające w powietrzu, lubię też potwory. Jednocześnie zabrakło mi tu napięcia, takiego charakterystycznego niepokoju, który sprawia, że zastanawiam się, co będzie dalej i mam gęsią skórkę. Tu było krwawo i zabawnie, ale nic poza tym. 

Jeśli szukasz czegoś lekkiego na jeden wieczór i nie boisz się krwi kapiącej z sufitu, to może być pozycja dla ciebie. Ja przeczytałam i wciąż nie wiem, czy było do końca warto. Cieszę się, że nie zajęło mi to zbyt dużo czasu. Na pewno nie zamierzam wracać do kąpieli z Avalonem po raz kolejny – wolę zaprosić do wanny zupełnie inną kreaturę.

Tytuł: Haar
Autor: David Sodergren
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 318
Odpowiednie dla miłośników: horrorów, gore, krwi na suficie, mieszania gatunków, potworów z głębin, prostej fabuły, prostego języka, lekkiej lektury, zabawnych scen śmierci
Czy przeczytam jeszcze raz? Wolę popływać z kimś innym

Przewijanie do góry