
Inny On: Cienie w mroku – czy może coś poważniejszego?
Propozycją na październik została książka autorstwa Michelle Paver „Cienie w mroku”. Po przeczytaniu pozostały mi mieszane uczucia. Z jednej strony jest to pozycja przepełniona sukcesywnie budowanym napięciem, lekko tylko przygaszanym by rozpalić się na nowo. Z drugiej jednak…
Poznajemy Jacka Millera – anglika, który nie dostał od życia nic poza trudnościami oraz cierpieniem. Brak pieniędzy spowodowany brakiem dobrej uczelni z powodu braku pieniędzy. Dosłownie niekończące się pasmo niepowodzeń w błędnym kole. Krytyczna sytuacja finansowa skłania Millera do drastycznych rozwiązań. Planuje on zmienić swój los w sposób ekstremalny – zapisuje się do udziału w wyprawie naukowej pod koło podbiegunowe, na niezbadane i niezamieszkałe tereny Arktyki.
Tonący brzytwy się chwyta
Od samego początku Jack ma rozterki czy pasuje do grupy badaczy. Sam siebie stawia na niższym szczeblu, dystansuje się oraz odgradza. Uwidocznione jest również różnorodne podejście do uczestników wyprawy. Jednych traktuje jako zło konieczne, widzi wszystkie ich niedoskonałości, innych zaś traktuje wręcz z nabożeństwem. Wszystko zostaje wyjaśnione pod koniec. Jak dla mnie takie zarysowanie postaci spłyca relacje międzyludzkie poruszane w książce i jednak trochę „zgrzyta”. Jack dostaje od losu kilka sytuacji w których mógłby się wycofać, jednak, mimo tego, nie raz nie dwa decyduje się kontynuować wyprawę. Nawet w momencie, kiedy pokazują się tytułowe cienie w mroku.
Czy cień może zrobić krzywdę?
Z lękami można walczyć. Kluczowa jednak jest często możliwość szukania pomocy. Jak zostajemy sami, wszystko wygląda inaczej. Cienie się wydłużają, pojawiają częściej, nie ma z kim porozmawiać, czy to, co widzimy jest prawdziwe oraz czy ktoś oprócz nas również dostrzega to samo co my. Napięcie w tytule jest cudowne na samotny wieczór, gdzie można oddać się nastrojowi i zatonąć w myślach. Poczujesz wtedy na plecach każde poruszenie kwiatów w pokoju i inne niespodziewane dźwięki z domu.
Najlepszy przyjaciel człowieka
Atmosferę poprawia jednak obecność nieoczywistego bohatera – psa Isaaka. To dzięki niemu w tej wyprawie widać iskierkę nadziei na szczęśliwe zakończenie wyprawy. Poprawia on nastrój, łagodzi tempo akcji, pomaga również rozpoznać zbliżające się niebezpieczeństwo. Po prostu ukochane zwierzę, które z początku wcale takie kochane nie było. Uważam, że warto o nim wspomnieć, w szczególności przez jego wkład w rozwój sytuacji.
Byle do domu
Rozwiązanie akcji jest przewrotne, na tyle, że kłóciło mi się z wstępem do książki. Nie ma tu nieścisłości, ale wykorzystane słownictwo naprowadzało mnie na inny rozwój opowieści wraz z zakończeniem.
Podsumowując
Zarówno ten jak i poprzednie tytuły z cyklu trzech perspektyw warto zostawić sobie na samotny wieczór. Najłatwiej wtedy poczuć cały klimat oraz zagłębić się w atmosferę książki. Dzięki krótkiej treści można skończyć pozycję w 4-5 godzin, co pozwala na sfinalizowanie czytania w jedno posiedzenie. Nie ma potrzeby wracać do lektury i na nowo wchodzić w nastrój panujący w książce. Ideę jednego seansu dopełnia zakończenie – jednoznaczne i dające pewność, że kolejnej części nie będzie.

Ja: „Cienie w mroku” znów mnie oczarowały
“Cienie w mroku” to powieść, do której wróciłam po kilku latach. Pamiętałam, że historia urzekła mnie tajemniczym, pełnym napięcia klimatem, ale szczegóły zatarły się w pamięci. Czy to był udany powrót?
Kiedy zaczynasz widzieć cienie w mroku?
Jack Miller jest młodym, jeszcze nie trzydziestoletnim mężczyzną. Nie wiedzie jednak życia, o jakim marzył – zamierzał ukończyć fizykę i pracować naukowo, a tymczasem trafił do fabryki, gdzie produkował papeterię. Jest biedny i nieszczęśliwy.
Mam dwadzieścia osiem lat i nienawidzę swojego życia, ale wiecznie brakuje mi czasu i energii, żeby je zmienić. (…) niebawem nadejdzie poniedziałek, a kiedy o tym myślę, ogarnia mnie panika, bo zdaję sobie sprawę, że donikąd nie zmierzam, tylko po prostu staram się przeżyć.
Nagle pojawia się przed nim szansa, by odmienić swój los – może wziąć udział w rocznej wyprawie na daleką północ, by badać warunki atmosferyczne za kołem podbiegunowym. Po krótkim wahaniu, postanawia spróbować i wraz z czterema innymi śmiałkami, zaczynają przygotowania do podróży.
Od samego początku nie wszystko idzie zgodnie z planem. Stary kapitan odradza zakładanie obozu w miejscu wybranym przez śmiałków. Młodzi mężczyźni ignorują jednak jego przestrogi i upierają się przy Gruhuken.
Pierwsze dni na wyspie zachwycają podróżników racząc ich widokami zapierającymi dech w piersiach. To czas białych nocy, gdy słońce nie chowa się za horyzontem. Śmiałkowie pracują i sumiennie wykonują swoje zadania, tymczasem nadchodzi pora nocy polarnej i nieuchronne pożegnanie ze słońcem na wiele tygodni. W wyniku nieprzewidywalnych zdarzeń, Jack zostaje sam, otoczony wyłącznie arktycznymi przestrzeniami, trzeszczącym lodem i przytłaczającą ciszą. Jest przekonany, że coś czai się w mroku. Czy zagrożenie jest realne? Czy może to tylko jego wyobraźnia stęskniona za towarzystwem drugiego człowieka podsuwa mu niestworzone obrazy?
Witamy w Gruhuken – tu kończy się światło
Cała siła tej historii tkwi w miejscu akcji i w lęku przed ciemnością. Nie sposób oczywiście nie wspomnieć o klimacie, czy postaciach, ale o tym za chwilę.
Miejscem akcji jest Gruhuken – leżące na wyspie Spitsbergen, gdzieś daleko na północy za kołem podbiegunowym. Wydarzenia, z małymi wyjątkami, toczą się w 1937 roku – to powoduje implikacje w postaci istnienia konkretnej technologii, co jest istotne dla fabuły.
Gruhuken jest miejscem odrobinę tajemniczym, ponieważ niewiele wiadomo o jego historii, czy wcześniejszych mieszkańcach. Wszystko owiane jest lekką mgiełką tajemnicy i nie ma chętnych, by ją rozwiać.
Opisy, choć niezbyt rozbudowane, dobrze oddają uczucie arktycznej przestrzeni, a także pustki. Szczególnie obrazowo przemawiała do mojej wyobraźni scena, gdy wszystko zasypał śnieg i całe zbocza pokryły się białym puchem. Bohater zachwyca się kolorami nieba i ostatnimi promieniami zachodzącego na wiele tygodni słońca, a ja robię to razem z nim. Równie mocno oddziałuje na niego niebo:
Chciałem coś powiedzieć, ale nie mogłem. W życiu nie widziałem czegoś takiego. Widok był… przytłaczający? Nie, to niewłaściwe słowo. Czułem się po prostu zbędny. Cała ludzkość wydawała mi się zbędna.
Wydaje mi się, że wiem, co Jack miał na myśli – czuję się podobnie, gdy w bezchmurną noc zbyt długo wpatruję się w gwiazdy. Miller ma również przywilej oglądania zorzy polarnej i to doznanie znów odbiera mu mowę. Następnie zbliża się noc polarna, gdy panuje nieprzerwana ciemność.
Gruhuken jest miejscem nie tylko położonym w pięknych okolicznościach przyrody, ale również odosobnionym. Przestrzeń, przytłaczająca cisza, dojmujące poczucie osamotnienia to chyba główne emocje, które towarzyszyły mi podczas lektury.
Czy boisz się ciemności?
Jest też oczywiście wspomniany wcześniej lęk. Ciemność sączy się tu z każdego kąta chaty, czyha między zaspami śnieżnymi i zaciska gardło. Ten lęk jest tu czymś atawistycznym, niemal namacalnym i tylko narasta z każdą kolejną stroną.
Lęk przed ciemnością. Zanim tu przyjechałem, wydawało mi się, że to wyłącznie dziecięca przypadłość, że z tego się wyrasta. On jednak nigdy całkiem nie znika. Zawsze czai się gdzieś w pobliżu. Najstarszy lęk ze wszystkich.
Ponieważ akcja powieści rozgrywa się częściowo podczas nocy polarnej, ciemność to nie tylko klimat i mrok czający się, by kogoś dopaść, ale również zjawisko czysto fizyczne. Chwilami ciężko było mi wyobrazić sobie brak światła za oknem, gdy Jack opowiadał o poranku, ale to wyłącznie mój problem. W każdym razie połączenie ciemności za oknami chaty z lękiem przed mrokiem zadziałało w tym wypadku w mistrzowski sposób. Napięcie narastało stopniowo, budowane konsekwentnie i bez pośpiechu. Z każdą stroną coraz ciężej było mi oderwać się od lektury.
Warto pozwolić, żeby ciemność zadziałała również na nas podczas czytania – zostawić sobie lekturę na wieczór, gdy całe miasto już zaśnie i nastanie świdrująca uszy cisza. Jeden wieczór w zupełności wystarczy, by wyruszyć w podróż za koło podbiegunowe.
Hit the road Jack
Całą historię poznajemy czytając pamiętnik prowadzony przez Jacka Millera od pierwszego spotkania z resztą śmiałków, aż do zakończenia całej historii. Widzimy więc świat jego oczami. Ma to swoje konsekwencje.
Po pierwsze dokładnie poznajemy myśli oraz ogólny stosunek Jacka do różnych spraw, osób oraz rzeczy. Ponieważ pamiętnik jest jakąś formą intymnej rozmowy z samym sobą, jesteśmy pewni, że wszystko w nim jest szczere. Opierając się na powyższym założeniu, mam co do niego mieszane uczucia. Jack wydaje mi się być osobą przede wszystkim nieszczęśliwą. Czuje, że utknął we własnym życiu, jest rozgoryczony. Wielu już dawno poddałoby się na jego miejscu, jednakże on postanawia wykorzystać szansę i zaryzykować. Podziwiam, że wybiera odważne rozwiązanie, chce działać, zamiast siedzieć w miejscu i użalać się nad sobą.
Jednocześnie często maluje mi się jego obraz jako osoby zakompleksionej, pełnej uprzedzeń i niepotrzebnie upartej – od samego początku czuje antypatię do Angiego, jednego z członków wyprawy. Miller niepotrzebnie obstawał też przy swoim w przypadku wyboru miejsca rozstawienia obozu oraz zburzenia starej chaty. Są to cechy, które utrudniają mu życie i powodują jednocześnie, że zwyczajnie, po ludzku, ciężko jest mi go lubić.
Poza jego aktywnym dążeniem do poprawy własnego losu, cenię w nim również to, że umie się zachwycać światem, który go otacza. Podoba mi się również jego logiczne podejście do życia. Kiedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy, początkowo stara się je wytłumaczyć w oparciu o rozsądek. Wie, że niektóre zjawiska nie powinny się wydarzyć.
Lęk znikł, pozostało tylko zdumienie. Myśli wirowały mi w głowie. To niemożliwe. Ale przecież sam widziałem. Ale to niemożliwe. Ale widziałem.
Ta jego niepewność przekłada się bezpośrednio na wspaniałe budowanie klimatu tajemnicy i niepewności w całej powieści.
Zakończenie, które zaskakuje
Akcja od samego początku zdawała się zmierzać w jednym kierunku. Napięcie narastało z każdą kolejną stroną. Slow burn w najlepszym wydaniu, jeśli można użyć tu tego określania. Groza, której nie da się zatrzymać. Zdawało się, że na torach leży postać, a wielki pociąg zmierza w jej kierunku i nie da się go powstrzymać. Wtedy nastąpił plot twist.
WSTAW TU GIFA Z KOPARKĄ
Moim zdaniem był on bardzo potrzebny w tym miejscu. Całość koncepcji bardzo nawiązywała do twórczości Lovecrafta. Mamy tu relację zdarzeń pochodzącą z pamiętnika, podróż, badanie przeszłości miejsca, młodego bohatera, który za wszelką cenę chce dotrzeć do prawdy, miejscowych z zasznurowanymi ustami oraz grozę nie do końca dającą się opisać. Dodajmy do tego powoli budowane napięcie i motyw pomieszania zmysłów. Muszę przyznać, że język jest tu jednak prostszy niż u mistrza grozy, co działa w tym wypadku na plus. Zdawałoby się, że wszystko zmierzało do zakończenia w stylu “bohater przepadł bez wieści i został po nim tylko dziennik”. Dlatego właśnie ten plot twist był na koniec tak potrzebny – by nie dało się wszystkiego przewidzieć.
Rozumiem, że nie każdemu może się to podobać. Ja sama zwykle wolę te smutne zakończenia, bo wydają mi się one bardziej prawdopodobne. Co zatem dostaje odbiorca czytając “Cienie w mroku”?
Narastającą grozę graniczącą z paniką, trochę dynamicznej akcji, a także słodko-gorzkie zakończenie.
Podsumowanie – dlaczego warto sięgnąć po “Cienie w mroku”?
“Cienie w mroku” to książka, która po raz kolejny oczarowała mnie opisami bezbrzeżnej arktycznej pustki, skrajnym osamotnieniem jednostki wobec niemożliwych doświadczeń, zaintrygowała niezwykłymi wydarzeniami, kazała się zastanowić nad poczytalnością osoby od wielu dni pozbawionej słońca oraz pozwoliła przeżyć wspaniałą przygodę ze straszną tajemnicą do rozwikłania.
Pod pewnymi względami, klimat przypominał mi ten w “Melafirach”, opisywanych przeze mnie w tym roku. Jeśli podobała Ci się historia tajemniczego wzgórza i nawiedzających je światełek, to polecam również sięgnąć po “Cienie w mroku”, gdzie nie do końca wiesz, co jest rzeczywistością, a co wytworem wyobraźni.
Historia wyprawy za koło podbiegunowe jest raczej dla ludzi cierpliwych, nie oczekujących fajerwerków, ale właśnie tego podskórnego napięcia i niepokoju narastającego stopniowo.

