„Carrie” Stephan King – trzy perspektywy

Czytanie „Carrie” to jak zaciągnięcie się powietrzem tuż przed burzą – wiesz, że zaraz wybuchnie, ale nie do końca wiesz kiedy, ani jak bardzo cię zmiażdży. Kingowski debiut z 1974 roku wciąż wzbudza emocje – jedni się zachwycają, drudzy przewracają oczami, a jeszcze inni po prostu zasypiają. Trzy recenzje, które zaraz poznasz, pokazują całe spektrum reakcji na tę książkę: od gorącego uwielbienia, przez umiarkowany szacunek, aż po rozczarowanie i znużenie.

Przyjrzyjmy się, jak różnie „Carrie” może trafić do czytelnika, a przy okazji sprawdźmy, czy faktycznie potrafi przestraszyć, czy może jest tylko legendą.

“Carrie” – książka, z którą zacząłem swoją przygodę z mistrzem grozy Stephenem Kingiem. Z mojego polecenia wybrana jako jeden z tytułów do serii czytelniczej RPG.

Czy było warto?

Moje wrażenia po lekturze są ogromnie pozytywne. Uwielbiam twórczość Kinga. Uważam, że świetnie przekazuje emocje, mistrzowsko opisuje sytuacje oraz idealnie zarysowuje klimat książki. A jest on ciężki, dorosły i miejscami bardzo „krwisty”.

Właśnie z tego powodu, książka w żadnym wypadku nie jest przeznaczona dla młodszej części widowni. Opisywane zdarzenia i sytuacje oraz używany język ewidentnie nie nadają się dla niepełnoletniego odbiorcy.

A szkoda, bo…

Opisywane zdarzenia prezentują świat nastolatków, ich problemów oraz akceptacji – a raczej jej braku wśród rówieśników. Jeżeli czymkolwiek się wyróżniasz, odstajesz od reszty lub nie jesteś “tak popularny” pamiętaj – zostaniesz zniszczony. W najgorszy możliwy sposób.

Ale co jeżeli…

Jeżeli żarty i zaczepki spotkają się z odwetem? A co, jeżeli okaże się, że to oprawca stanie się ofiarą? Cytując, a co gdyby: 

„(…)Jezus zstąpił z niebios nie jako Dobry Pasterz z jagnięciem na ręku, ale z głazem w dłoniach, żeby zmiażdżyć szyderców i prześmiewców, wyrwać zło z korzeniami i zniszczyć je — Jezus straszliwy, wymierzający krwawą sprawiedliwość. I gdyby tylko ona mogła być Jego mieczem i Jego ramieniem.”

Czas kary właśnie nastał. Kary potężnej, wymierzanej przez Jego pasterkę trzymającą moc. Raz wprawiona w ruch machina zniszczenia, nie może być już zatrzymana, tak jak i ona nie ma zamiaru przestać.

Polecam zapoznanie się z tą historią. Nie tylko mroczną, ale dającą również wiele tematów do przemyśleń. Dlaczego doszło do tragedii, czy to wina matki? A może rówieśników? Albo samej głównej bohaterki? Czy ciągłe życie w poniżeniu może doprowadzić kogoś na skraj? Gdzie kończą się żarty, a zaczyna gnębienie?…

Ja, czytając, skupiłem się jednak na historii. Budowanie sytuacji i napięcia uzyskało efekt „jednego posiedzenia” – jak już zacząłem czytać, to nie oderwałem się aż do końca. W szczególności jak już akcja się rozwinie, to trudno się z nią rozstać. Z wielkim zaciekawieniem czekałem jak historia się zakończy.

Jednym słowem z całego serca polecam.

Stephen King. Mistrz horroru. Jego książki od dawna leżakują na mojej półce. Z jednej strony czuję pociąg do strasznych historii, z drugiej nie mogłem się zabrać, aby wziąć się za którąś pozycję tego autora. Zmieniło się to jakiś czas temu, za sprawą wyboru naszego kolegi z bloga. Wskazał “Carrie”, jako kolejny utwór, który poznamy w ramach wspólnego czytania.

Carrie – dziewczyna, której świat nie oszczędza

Fabuła przybliża nam losy młodej dziewczyny imieniem Carietta White. Wszyscy nazywają ją Carrie. Bohaterka nie ma łatwego życia. Wychowuje ją religijna do bólu matka, która Biblii używa, jako narzędzia tortur, a nie źródła duchowości. Jej podejście do świata, dobrze obrazuje poniższy cytat:

„[…] chociaż się pobraliśmy, to i tak żyjąc ze sobą popełniamy cudzołóstwo i będziemy smażyć się w piekle za grzechy.”

Carrie jest wiecznie wyszydzana i wyśmiewana przez swoich rówieśników.

“… a kiedy zasnęła w klasie, Billy Preston wysmarował jej włosy masłem z orzeszków ziemnych; szturchańce i kopniaki, złośliwie podstawianie nogi w przejściu między ławkami, żeby się potknęła przechodząc, jej książki zrzucane na ziemię, pornograficzne pocztówki wkładane do jej torebki;…”

Przez większość życia towarzyszy jej strach, napięcie, ból i gniew. Kumuluje w sobie te wszystkie emocje. Mimo wszystko chce się czuć normalnie, jak każdy inny człowiek. Jednak jest jak bomba z opóźnionym zapłonem – prędzej, czy później wybuchnie. Obserwujemy Carrie i to jak zmienia się jej podejście do życia. Staje się to za sprawą mocy, która przebudza się w momencie, gdy dziewczyna dostaje pierwszego okresu. Odkrywa w sobie zdolność telekinezy, czyli możliwość przesuwania przedmiotów siłą umysłu: 

“Blacha z ciastem uniosła się naraz z podstawki, przeleciała przez pokój i z rozpędem uderzyła w ścianę obok drzwi, rozpryskując wokół jagodowy sok.”

Jej zdolności bardzo szybko się rozwijają. Carrie ćwiczy na coraz większych obiektach:

“Wczoraj wieczorem, kiedy wracała ze szkoły, udało jej się przesunąć samochód (och boże proszę cię niech to nie będzie żart) zaparkowany na głównej ulicy przy krawężniku o dobre dwadzieścia stóp, i to bez żadnego wysiłku.”

Im silniejsze emocje np. gniew, tym większa jest jej moc. 

Złudzenie normalności

Pomimo tylu przeciwności losu, bohaterka wciąż stara się, żeby jej życie było choć trochę normalne. Zostaje zaproszona na szkolny bal. Z początku myśli, że to kolejny sposób, aby z niej szydzić. Jednak gdy okazuje się to być autentyczne, odczuwa szczęście. 

Carrie bardzo starała się, żeby ten jeden wieczór był wspaniały. Nie oczekiwała za dużo, jednak chciała choć raz spędzić miło czas. Jak sama twierdziła, to by jej wystarczyło na długo. Niestety, to co się wydarzyło na balu, rozbiło bańkę i uwolniło cały ten skumulowany gniew. W tym momencie się zatrzymam. Nie chcę zdradzać za dużo. Pewnie są tam jeszcze osoby, które nie czytały książki i nie oglądały filmu. 

Kiedy rozumiemy potwora

Carrie zrobiła coś, na co ja, biorąc pod uwagę moje własne doświadczenia w szkole, też miałem ochotę. Nie twierdzę, że taka reakcja jest dobra, ale rozumiem poziom gniewu i przeładowania emocjami, gdy nikt Cię nie wspiera. Kiedy, tak jak bohaterka, starasz się choć przez chwilę żyć normalnie i nie patrzeć na swoją codzienność, zawsze znajdzie się ktoś, kto Ci to zburzy. Sam doświadczyłem prześladowania w szkole – pomogło mi to wczuć się w postać Carrie. Osoby z podobnymi doświadczeniami mają szansę szybko zżyć się z Carrie. 

Czy warto przeczytać?

Czy poleciłbym książkę innym? Tak – nie jest długa, czyta się szybko, zwłaszcza kiedy akcja przyśpiesza, masz ochotę połknąć ją w całości. Styl pisania, częściowo reportaż, częściowo historia, jednym się spodoba, innym nie. Mi to nie przeszkadzało, ale rozumiem, że czasem może się nam mylić, kto w danej sytuacji się wypowiada – bohater czy np. reporter. Postacie są wyraziste, dobrze napisane. Do niektórych z nich czułem nienawiść już od pierwszych stron książki, a z kolei Carrie współczułem już od początku. 

Warto przeczytać książkę, choćby z tego względu, żeby zobaczyć, czym kończy się tłumienie w sobie tylu emocji. Do czego może doprowadzić znęcanie się nad słabszymi, tylko ze względu na to, że są odmienni od nas. Powieść przypadnie też do gustu entuzjastom klasyków. Jest to debiut Stephena Kinga z 1974 roku. 

To nie jest książka o potworze. To książka o tym, jak ludzie tworzą potwory.

A i na koniec, jeśli po lekturze, zadrży Ci powieka na wspomnienia o szkole… Nie jesteś sam.

O Kingu mówi się, że jest mistrzem grozy. Chociaż widziałam filmy nakręcone na podstawie jego powieści i rzeczywiście powodowały gęsią skórkę, to do tej pory nie czytałam niczego jego pióra. Jak do tego doszło, nie wiem. “Carrie” była debiutem Kinga z 1974 roku, byłam więc podekscytowana spotkaniem z jego prozą. Czy rzeczywistość dorównała wyobrażeniom o książkach mistrza?

Carrie, a właściwie Carietta White to nastolatka z małego miasteczka – Chamberlain. Mieszka z matką, która jest fanatyczką religijną. W szkole również nie ma łatwego życia – odrzucona przez rówieśników, poniżana i wyszydzana, każdego dnia przeżywa od nowa te niekończące się tortury. Poznajemy ją, gdy po raz pierwszy w życiu dostaje menstruacji. Widok krwi, panika i przerażenie, połączone z szykanami ze strony rówieśniczek, sprawiają, że Carrie osiąga punkt, w którym coś się w niej zmienia. Nie tylko staje się kobietą, ale również to był moment, od którego zmienia się jej stosunek do świata i odkrywa w sobie zdolność telekinezy.

To wszystko sprawiło, że nagle została osiągnięta masa krytyczna. Od dawna oczekiwany moment ostatecznego poniżenia, upokorzenia, załamania – wreszcie nadszedł. Punkt krytyczny.”

Nietypowa forma – dokumenty, wycinki, nawiasy i irytacja

Historię Carrie poznajemy z kilku perspektyw. Po pierwsze mamy tu narrację trzecioosobową, która prowadzi czytelnika zgodnie z bieżącymi wydarzeniami. Ale tuż obok są również fragmenty dokumentów państwowych opisujących wydarzenia z Chamberlain, wycinki prasowe, czy artykuły. Mamy tu więc do czynienia z powieścią epistolarną. Początkowo zachwyciłam się takim zabiegiem, bo pozwala on zagłębić się w historię jeszcze bardziej. Opowieść staje się pełniejsza, bardziej wielowymiarowa. 

Niestety moje wydanie książki nie przypadło mi do gustu – wszystkie wstawki były słabo wyodrębnione, wręcz zlewały się z normalnym biegiem narracji, co niezwykle mnie irytowało. Zamiast cieszyć się takimi smaczkami, ta radość została mi odebrana. 

Na uwagę zasługuje jeszcze jeden zabieg pisarski – myśli bohaterów zapisano w nawiasie. To zwraca uwagę na pewne procesy wewnętrzne, a jednocześnie wciąż nie mogę zdecydować, czy bardziej mi się to podobało, czy jednak wręcz przeciwnie. 

Język powieści określiłabym jako prosty, ale nie prostacki. Raczej pozbawiony ozdobników. W moim odczuciu było tu mało słów budujących nastrój i klimat. Zwróciłam uwagę na to, że książka jest naszpikowana prostymi, krótkimi zdaniami. Tak. Jakby. Ktoś. Miał. Za dużo. Kropek. I musiał. Zużyć je wszystkie. Może i dzięki temu całość była bardziej lekkostrawna, szybciej się to pochłaniało, jednakże przyzwyczaiłam się do czegoś zupełnie innego. Uderzył mnie ten suchy, prawie reporterski ton. Nie wiem, może właśnie tak miało być i o to chodziło?

Bohaterowie z krwi i kości

Ale zostawmy te wszystkie techniczne aspekty i przejdźmy do bohaterów, bo Ci naprawdę zasługują na uwagę. King wydaje mi się być wnikliwym obserwatorem ludzkiej natury. Wierzę każdej stworzonej przez niego postaci. Nie ma tam scen, zdarzeń, czy wypowiedzi niezgodnych z charakterem postaci, z ich wartościami czy pragnieniami. 

Carrie jest ucieleśnieniem gnębionej dziewczyny, która postanawia się w końcu postawić i jest w tym przerażająco autentyczna. Stopniowa przemiana dziewczyny, jej rozterki i wahania, są zgodne z tym, co wiem o ludzkiej psychice. Są takie zdarzenia, takie granice, po przekroczeniu których przestaje się być sobą, a to, co spotyka główną bohaterkę jest straszne i niewyobrażalne.

Jej matka, obsesyjnie wpatrzona w krzyż wiszący na ścianie i święte obrazki, wszędzie widzi grzech. Z każdą chwilą coraz bardziej popada w obłęd. Z fascynacją obserwowałam, jak bardzo była przerażona własnym dzieckiem i tym, co ono potrafi. Narastający lęk matki miesza się z jej poczuciem niemocy i bezsilności wobec zjawisk, których nie może zrozumieć. To też rzecz o jej niemocy i bezsilności. Może to być też dobry punkt wyjścia do polemiki o strachu przed nieznanym.

Susan, jedna z dziewcząt, które gnębiły Carrie, chodzi na linie balansując między współczuciem, wyrzutami sumienia, nienawiścią do dziewczyny i do samej siebie. Billie, czarny charakter, który z jednej strony zdaje sobie sprawę, z wyrządzanej krzywdy, a z drugiej dumnie kroczący do samozniszczenia. 

Każda z tych postaci, chociaż opisana zdawkowo, jest jednoosobowym studium przypadku. Czytelnik mógłby z łatwością określić, jak potoczyłyby się ich dalsze losy.

SPOILER – CZYTASZ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ

GDYBY PRZEŻYLI – HA HA HA – DEMONICZNY ŚMIECH ITD.

Gdzie ta groza, panie King?

Czemu, mimo tak autentycznie skonstruowanych bohaterów, Carrie w ogóle nie wzbudziła we mnie strachu? Myślę, że sama historia mnie nie zaskoczyła, bo znałam ją z filmu, wiedziałam więc jaki będzie wielki finał. To podziałało trochę jak hamulec, który przez całą podróż był jednak lekko zaciągnięty… 

Dodajmy do tego wstawki epistolarne. Początkowo ciekawe, uzupełniające historię, wraz z rozwijającym się biegiem wydarzeń zupełnie zwalniały tempo akcji, co wybijało mnie z rytmu właśnie wtedy, gdy akcja naprawdę przyspieszała. A już szczytem nudy było czytanie części trzeciej, która mogłaby zostać z książki zupełnie wycięta, bez szkody dla historii Carietty. 

Chociaż muszę przyznać, że szczególnie podobało i się budowanie napięcia przed balem, podczas przygotowań do tego wydarzenia. Wszystko zwiastowało katastrofę, na którą trzeba było jeszcze jednak zaczekać. Właśnie to wyczekiwanie było bardzo satysfakcjonujące. Jak to mówią “nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, ale żeby go gonić…” 

Zapamiętam też na długo sceny, gdy matka Carrie rozdrapywała sobie twarz paznokciami – tutaj doskonale zadziałała moja wyobraźnia i ten widok wydawał mi się wyjątkowo odstręczający. Jeśli zaś chodzi o resztę… No jak straszy, kiedy nie straszy? 

Być może za dużo już przeczytałam/widziałam horrorów, ale kulminacyjne sceny przedstawione w książce Kinga nie wzbudziły we mnie większych emocji. Ot, trochę niestandardowy akt zemsty, bo uczyniony za pomocą telekinezy. 

Dużo tematów, mało krwi – dramat obyczajowy z nutką fantasy

Czytając “Carrie” czułam się głównie rozczarowana. Wszędzie trąbi się o Kingu jako o mistrzu grozy, a mi tej grozy ewidentnie tu zabrakło. Nazwałabym to bardziej dramatem obyczajowym z fantastyczną nutą. Mamy telekinezę i trochę krwi, ale to tyle. Jest za to mnogość naprawdę wspaniałych wątków: religia, fanatyzm, odrzucenie, znęcanie, przemoc rówieśnicza, związki miłosne w wieku młodocianym, bal, zemsta, upokorzenie, problemy i priorytety młodzieży, syndrom sztokholmski czy trauma. Uff, dużo tego i naprawdę każdy z tych wątków jest dobry. 

Zatrzymajmy się na chwilę przy dwóch ostatnich. W moim odczuciu to absolutne mistrzostwo pokazania rozdźwięku między doznawaną krzywdą, a miłością dziecka do rodzica. Tak właśnie wyglądają toksyczne relacje.

“(…) Carrie powinna na zawsze zachować w pamięci swoje ciężkie przejścia jako dowód na to, że mama miała rację, że mama nigdy się nie myli, że jedyna bezpieczna i prowadząca do zbawienia droga to słuchać mamy.” 

Mam wrażenie, że od początku oczekiwałam od “Carrie” zupełnie czegoś innego i być może właśnie dlatego, czułam się tak rozczarowana lekturą. 

Jest jeszcze jeden aspekt, o którym nie wspomniałam do tej pory – szczegółowość świata przedstawionego. King z chirurgiczną precyzją zasypuje czytelnika mnóstwem detali, zupełnie zbędnych i nieistotnych. Po co mi wiedzieć, że śrut, którym strzelał farmer do intruzów miał kaliber dokładnie 6mm? To znaczy rozumiem, gdybym się jeszcze jakoś szczególnie interesowała bronią, albo śrutem, albo preferencjami rolników w tej materii… 

Mimo, że nie bardzo mi to przypadło do gustu, to widzę jednak niebywały plus tego wszystkiego i już doskonale rozumiem, dlaczego powieści Kinga są tak chętnie przenoszone na ekran. Tu nie trzeba wymyślać szczegółów świata przedstawionego, bo tu wszystko podane jest jak na tacy. 

A jeśli już przy filmach jesteśmy, to z tego co wiem, powstały trzy. Pierwszy, jeszcze z 1976 roku, zdecydowanie najbardziej do mnie przemawia, chociaż przyznaję szczerze, że żeby napisać o nich więcej, musiałbym je sobie odświeżyć. 

Małe smaczki

Wspomnę jeszcze o kilku smaczkach. Rzeczą absolutnie zachwycającą jest tu używanie symboliki krwi. Z jednej strony jawi się ona jako coś brudnego i nieczystego. Jednocześnie jest również symbolem przemiany, wyzwolenia, zerwania okowów, które tak długo powstrzymywały Carrie. 

Krew, świeża krew. Z krwi zawsze brało początek wszelkie zło i tylko krew mogła je odkupić.” 

Podobnie podobało mi się wspomnienie o lelku, jako symbolu śmierci. Pamiętam doskonale, że ten motyw przykuł moją uwagę u Lovecrafta w “Zgrozie w Dunwitch”. Lubię zbierać takie okruszki nawiązujące do starożytnych słowian. 

Rozczarowanie, ale bez żalu

Podsumowując, moje oczekiwania rozjechały się z rzeczywistością. Trochę się rozczarowałam, trochę wynudziłam, dwa razy zasnęłam w trakcie. Nie mogę jednak powiedzieć, że żałuję, poznałam bowiem klasyk, który od dawna funkcjonuje w popkulturze, a to zawsze uznaję za cenne i wartościowe. Czy sięgnę jeszcze po Kinga? Oczywiście, że tak. Carrie to tylko jedna z jego wielu książek, do tego debiut, a debiuty bywają bardzo różne. To, co sobie cenię to oko Kinga do obserwacji ludzkiej natury i tworzenia autentycznych i psychologicznie spójnych bohaterów. I zawsze są szanse, że w kolejnych powieściach nie zanudzi mnie rozmiarem śrutu, czy innymi detalami, które interesują tylko autora i producentów amunicji. King wciąż ma u mnie szansę – wierzę, że gdzieś tam jest powieść, która mnie nie uśpi, ale wywoła więcej emocji niż grzybobranie.

A jeśli podoba Ci się ten post, to koniecznie przeczytaj też Wehikuł czasu H. Wellsa – trzy perspektywy – gdzie również piszemy wszyscy troje o jednej książce!

Przewijanie do góry