“Szczelina” Jozefa Kariki to świetny horror i kropka. Teraz wyjaśnię, dlaczego tak uważam.
Zabawa w kotka i myszkę
Horror to dość pojemna kategoria – mieści się tam bardzo dużo, ponieważ jest to gatunek oparty na strachu i chociaż, jako ludzie, mamy kilka pierwotnych lęków, to indywidualnie dodatkowo możemy bać się wielu różnych rzeczy.
Człowiek odbiór otaczającego świata opiera na zaufaniu do zmysłów oraz stale dokonującej się analizy, polegającej na oddzieleniu tego, co rzeczywiste i prawdziwe od wyobrażeń. Jako ludzie chcemy być mądrzy i rozsądni, chcemy ufać nauce, chcemy zawierzyć umysłowi.
Karika gra tu doskonale z przekonaniami czytelnika, bo z jednej strony ta logiczna część natury człowieka mówi “przecież to niemożliwe”, podczas gdy jednocześnie ta druga zadaje pytanie “czy aby na pewno?”. W tym właśnie rozstrzale tkwi siła “Szczeliny”.
To jedna z tych książek, które, że się tak wyrażę, ryją banię. Przez większość lektury czujesz narastające napięcie, a finał każe ci zadać sobie pytanie, co się tu właśnie odjebało. Ale po kolei.
Mam przeczucie, że nie polubisz Igora
Chociaż powieść ma szkatułkową budowę, gdzie sam Karika przemawia wprost do czytelnika, to głównym bohaterem jest Igor, opowiadający autorowi, co go spotkało w Trybeczu.
Trybecz to pasmo górskie na Słowacji, o którym od dziesięcioleci krążą legendy o tajemniczych zniknięciach. Wydaje się to szczególnie osobliwe, gdyż łańcuch nie jest ani szczególnie wysoki, ani też bardzo niebezpieczny czy niedostępny. Mimo to część zaginionych odnajdywano martwych, a część przepadła bez wieści. Nieliczni, którzy wrócili, nie są już zdolni do życia, jakie znali wcześniej.
Podczas swojej pierwszej pracy, Igor odnajduje zamknięte w sejfie płyty gramofonowe sprzed kilkudziesięciu lat, zawierające zapis z wywiadu psychiatrycznego jednego z odnalezionych w Trybeczu – Waltera Fishera. Młody mężczyzna słucha ich i od tego zdarzenia rozpoczyna się jego obsesja. Igor stwierdza, że zaginięcia na Trybeczu są świetnym tematem na bloga i postanawia napisać serię artykułów.
Zgłębiając historię zaginięć nawiązuje kontakt ze sceptykiem słowackich legend – Davidem i jego zupełnym przeciwieństwem Andrejem. Pod naciskami Igora razem postanawiają zgłębić zagadki Trybeczu i w czwórkę (do zespołu nieoczekiwanie dołączyła dziewczyna Igora, Mia) wyruszają w góry, by przekonać się na własnej skórze, czy opowieści mają w sobie ziarnko prawdy.
Cała książka jest zasadniczo zapisem wspomnień Igora, natomiast Karika stawia się w roli kronikarza i każde czytelnikowi decydować, co o tym wszystkim myśleć.
Wróćmy jednak do Igora. Skoro to jego historia, narracja jest prowadzona pierwszoosobowo. Chłopak ma tendencję do licznych dygresji i odchodzenia od tematu, co wzbogaca historię i dodaje jej tła oraz kolorytu, jednocześnie spowalniając fabułę. Igor rozmyślnie odwleka przekazywanie kluczowych informacji. To irytuje, ale również buduje napięcie.
Bohater czy nieudacznik?
Zatrzymajmy się na chwilę przy samym Igorze. To ten typ mężczyzny, który wywołuje we mnie mdłości w prawdziwym życiu – bierny, niezdecydowany, narzekający. Igor jest młodym człowiekiem, dopiero skończył studia i obronił tytuł magistra. Nie może znaleźć pracy w zawodzie, więc idzie na budowę i oczywiście narzeka na niesprawiedliwy świat.
Mieszka ze swoją dziewczyną Mią i to ona pokrywa większość kosztów utrzymania. On łapie się dorywczych zajęć i ewidentnie nie docenia jej starań. Mia stara się trzymać go z dala od uzależnienia.
Igor, prowadząc bloga szuka rozgłosu i poklasku. Nie przejmuje się tym, jak jego działania wpływają na ludzi wokół niego, jaką cenę trzeba będzie ponieść. Zamiast tego posuwa się do manipulacji oraz kłamstwa by zdobywać zasięgi.
Przytoczę dość długi fragment, który moim zdaniem dobrze oddaje stosunek Igora do innych ludzi:
„– Manipulujesz nimi – oskarżyła mnie.
– A skąd!
– Nie kłam, Igor – syknęła ostrzegawczo. Kiedy zaczyna używać mojego imienia, to znaczy, że jest źle – włączył jej się mechanizm samowkurwu. Czegokolwiek bym teraz nie powiedział, jedynie pogorszę swoją sytuację.
– Co cię tak złości? Nie robię nic złego. – Podjąłem słabą próbę obrony.
– Prowokujesz jakichś biedaków, żeby się kompromitowali. Chcesz ich nagrać i wrzucić do Internetu.
– No i? Robią to z własnej woli, do niczego ich nie zmuszam…
– Manipulujesz nimi, przekraczasz granicę, zapominasz się – wyliczała.”
Nie podoba mi się pogarda Igora wobec innych. Chłopak zachowuje się tak, jakby kolejne lajki były ważniejsze niż żywi ludzie, których miał przed sobą. Doprowadza mnie to po prostu do furii i wcale nie chodzi o brak pracy, ale o ogólną postawę wobec świata. Z jednej strony narzekanie, ucieczka w narkotyki, z drugiej niesłabnące przekonanie o własnej zajebistości, przy jednoczesnej pogardzie dla innych – aż mam ochotę nim potrząsnąć, aż się księciunio nie obudzi z tego pięknego snu.
Zostawmy jednak moją antypatię do Igora. Ponoć Karika słynie z pisania takich bohaterów, którzy są trochę niedojdami życiowymi, takimi nieudacznikami. To była pierwsza przeczytana przeze mnie książka tego autora, ale na pewno nie ostatnia, więc mam nadzieją, że niedługo sama to sprawdzę.
Możesz to sam sprawdzić
W “Szczelinie” odnajdziemy wiele przypisów naniesionych przez samego autora. Sporo zawiera linki do artykułów opublikowanych w Internecie. To bardzo ciekawy zabieg, który mocno uwiarygodnia całą historię i miesza w głowie. W pewnym momencie Igor mówi:
“To naprawde były teksty o tym Walterze Fisherze! Ciągle tam są, możesz to sprawdzić. Nawet teraz, włącz sobie Google i wpisz: Walter Fisher Batovany. Serio, sprawdź, proszę cię, zobacz, że nie robię cię w konia”
Wtedy mnie przekonał i faktycznie otworzyłam przeglądarkę i rzeczywiście znalazłam teksty o tym człowieku. Podobnie jest z innymi hiperłączami – prowadzą dokładnie tam, gdzie powinny i nagle fikcja literacka miesza się z rzeczywistością.
Być może Karice chodziło o to, by czytelnik doznawał takiego samego poczucia odrealnienia, jak bohaterowie jego książki, bo jak ogarnąć umysłem coś, co nie miało prawa się wydarzyć? To zostawia szerokie pole do interpretacji i spekulacji. Myślę, że o to tu właśnie chodziło. Tym bardziej, że “Szczelina” przypomina bardziej dokument fabularyzowany, a nie zwyczajną powieść, która zazwyczaj jest wytworem wyobraźni. Znów, niby wiesz, ale z tyłu pojawia się pytanie “a co gdyby…?”.
Czy “Szczelina” w ogóle straszy?
To zależy, co Cię przeraża. Są fani horroru, dla których dobry przedstawiciel tego gatunku posiada krew i flaki spływające po ścianach, a trup ściele się gęsto. Niektórzy lubią jumpscary i potwory gotowe złapać za kostkę w każdej chwili. Tu tego nie doświadczysz.
“Szczelina” straszy zupełnie inaczej. Zaklasyfikowała bym ją jako horror psychologiczny, gdzie szczególną wagę przykłada się do życia wewnętrznego bohaterów, ich lęków i paranoi. Żeby obserwować te stany wewnętrzne, potrzeba czasu oraz uważnej obserwacji myśli i czynów postaci. Fabuła toczy się tu niespiesznie, nie ma wielu punktów zwrotnych i dramatycznych wydarzeń. Czytelnik dostaje za to koktajl stworzony z tego, co siedzi w głowie Igora i nagle okazuje się, że nie sposób się od niego oderwać, bo jest on doprawdy intrygujący. Dużo jest tutaj przemyśleń i rozważań.
To jednak nie wszystko. “Szczelina” intryguje już od pierwszych stron. Cała historia jest mocno zakotwiczona w rzeczywistości za sprawą wstępu i zakończenia, gdzie Karika ”łamie czwartą ścianę” oraz licznych przypisów z linkami do istniejących stron internetowych – to raz. Dwa, mamy bardzo dokładny wgląd w życie wewnętrzne bohatera. Trzy, wszystkie zdarzenia, w których Igor bierze udział są podszyte jakąś dziwnością. Ciężko znaleźć mi na to jedno odpowiednie słowo, ale zaraz postaram się wytłumaczyć, co mam na myśli.
Czasem jest tak, że ogólny obraz się zgadza, wszystko jest niby na miejscu, ale nagle dostrzegasz jakiś szczegół, który wydaje się być dysonansem. Zauważasz go i zapamiętujesz. Kiedy później pojawia się jakiś inny drobiazg, będący nie na miejscu, przypominasz sobie o tym pierwszym i zwykła obserwacja anomalii, zamienia się w niepokój, narastający z każdym kolejnym niepasującym elementem. To jak budowanie z klocków, tylko że budulcem jest tu subtelna groza.
Nagle orientujesz się, że z tych klocków zbudowano tak wielką wieżę, że zaraz cię przygniecie i pochłonie tak, jak stoisz.
Co straszy?
Poza elementami wymienionymi wcześniej, pierwszą rzeczą, która naprawdę straszy jest rozmowa z Walterem Fisherem, utrwalona na płycie gramofonowej. Jego opowieść, chaotyczna, urwana, o ciszy z oczami i pająku w słoiku, sama w sobie przyprawia o gęsią skórkę, więc już na samym początku otrzymujemy coś, co przykuwa uwagę.
Jedną z głównych ról wśród straszaków, odgrywają oczywiście okoliczności przyrody – góry, las i ciemność. Wydaje mi się, że jest to odwołanie do najbardziej pierwotnych, głęboko zakorzenionych lęków człowieka. W końcu:
“Kiedy las i ciemność połączą swoje siły, są gorsze niż najbardziej skomplikowany labirynt.”
oraz
“Czerń to królestwo irracjonalności…”
Opisy przyrody nie są tu długie i nie zajmują wiele objętości, a jednak dobrze oddają nastrój i ten rodzaj podskórnego niepokoju, który buduje napięcie od samego początku do końca. Tematycznie sporo jest tu lasu i gór, myślę, że jeśli ktoś lubi biwakowanie i piesze wędrówki, ten motyw może się podobać. Tym bardziej, że postacie dopada typowy lęk na szlaku – co się stanie, jeśli się zgubię i klasyczne, co będzie, jeśli nie uda mi się wezwać pomocy. To działa, bo jest proste i znajome. Mnie jednak najbardziej przeraża rozpad swego rodzaju logiki i racjonalności, kiedy bohaterowie usilnie starają się wyjaśnić wydarzenia, które są ich pozbawione. Zresztą, gdy tylko uważnie posłuchamy Igora, to on często mówi o rozpadzie osobowości i upartym podążaniu za logiką. Przeraże mnie, jak niewiele czasem trzeba, by rozchwiać ludzki umysł:
“Obserwując jego gorączkowe, ale daremne starania, przyszło mi do głowy, że nieprzezwyciężone pragnienie logiki czy racjonalności jest czasem największym szaleństwem.”
Czy wiemy dokąd zmierza ten pociąg?
Z jednej strony, w momencie, gdy czwórka badaczy wybiera się w podróż, czytelnik wie, że są duże szanse, że po tym starciu będzie 1:0 dla Trybeczu, a mimo wszystko nie wieje nudą. Największe napięcie rodzi się w oczekiwaniu na nieuniknione. Wiesz, że pociąg się wykolei, do końca masz nadzieję, że coś da się zrobić, a jednak nie odwracasz wzroku, kiedy kolejne wagony przewracają się stając w płomieniach. “Szczelina” sprawia, że też nie możesz odwrócić wzroku. Patrzysz w napięciu, chociaż spodziewasz się, co będzie dalej.
Ta opowieść hipnotyzuje. Kiedy David puszcza obozowiczom piosenkę o lesie, który ich połknie, Ty też ją odnajdujesz i słuchasz. Potem ta melodia cię prześladuje. Niepokój narasta, groza czai się między drzewami. Czekasz na coś, chociaż nie do końca wiesz, na co. I dostajesz zakończenie, które wbija w fotel.
To, co mi się szczególnie podoba to mnogość interpretacji, które mogą się pojawić po jego poznaniu. Korci mnie bardzo, żeby powiedzieć więcej…
SPOJLER – Odkryj jeśli czytałeś, jeśli nie, zapraszam dalej
Ja jako czytelnik nie mam pewności, czy Karika rzeczywiście spotkał Igora. Tak samo nie mam pewności, czy to co on mówił było prawdą, czy wszystko przywidziało mu się pod wpływem narkotyków. A może one nie miały z tym nic wspólnego, bo już w tamtym momencie nastąpił rozpad osobowości Igora? A może było jeszcze inaczej – David był jedną z osobowości Igora, która jako jedyna była tą rozsądną i dlatego nie ma go na zdjęciach z Żylina? Albo jeszcze inaczej – David był namacalną emanacją zła, dlatego poprowadził wszystkich w góry, specjalnie mylił tropy i właśnie dlatego jego oblicze nie zapisało się na fotografii? To pewnie nie wszystko. Można tu naprawdę długo spekulować i to jest naprawdę cudowne.
W każdym razie, jestem bardzo usatysfakcjonowana z zakończenia, bo nie jest ono oczywiste i łatwe do przyjęcia.
“Szczelina” – istotne drobiazgi
Trzy niepowiązane rzeczy, na które warto zwrócić uwagę to język, skojarzenie z found footage oraz wersja audio.
Narratorem jest tu Igor. Wszystkie słowa wychodzą z jego ust, co niesie ze sobą konsekwencje – język jest tu prosty i niewyszukany, często potoczny, co poprawia wiarygodność historii i dynamikę akcji.
Z uwagi na to, że powieść jest swego rodzaju świadectwem przeżytych wydarzeń, bardzo przypomina mi styl found footage z filmów. Z uwagi na podejmowany temat – las, zagubienie, niezwykłe wydarzenia – oczywistym wydaje się skojarzenia z “The Blair Witch Project”, który również opierał się przede wszystkim na narastającym poczuciu niepokoju. Chociaż zakończenie filmu było naprawdę dobre, to “Szczelina” oferuje dużo lepsze, jeśli już mam je porównywać. Tak czy inaczej, warto poznać oba dzieła.
Jeśli zaś chodzi o sam audiobook to jest on bardzo dobrze zrealizowany. Lektor czyta bardzo wyraźnie, w odpowiednim tempie. Na pochwałę zasługuje wprowadzenie dodatkowych elementów dźwiękowych, jak szum wiatru w tle czy szmery, co dodatkowo zwiększa immersję oraz uprzyjemnia doznania obcowania ze “Szczeliną”.
Jeśli już muszę się czepiać…
Myślę, że tempo akcji może tu stanowić punkt sporny. Między odnalezieniem płyt przez Igora a wyruszeniem w góry jest część, gdzie niewiele się dzieje. Są przemyślenia bohatera, co doskonale buduje postać oraz zarysowuje całe tło przyszłych zdarzeń. Mi się nie nudziło i uważam, że ta część jest równie potrzebna, co przyciągający uwagę początek i zakończenie wbijające w fotel. Jednakże odbiór całej powieści może tu mocno zależeć od oczekiwań i preferencji – jeden lubi lody, drugi ciastka.
“Szczelina” jest jak cebula
Pamiętacie tę scenę w “Shreku”, gdzie główny bohater tłumaczył Osiołkowi, że ogry mają warstwy jak cebula? Tu jest trochę podobnie.
Można się cieszyć tym, co na zewnątrz – zagadką, grupą przyjaciół gubiących się na Trybeczu, samą historią.
Można też zajrzeć głębiej. Można zapytać o granice prawdy, o definicję tego, co rzeczywiste, a co się tylko człowiekowi wydaje. Można rozpatrywać, czy warto szukać prawdy za wszelką cenę. Można również wziąć pod lupę, jak przebiega dezintegracja osobowości oraz jakie kroki można podjąć, by popaść w szaleństwo.
Można, ale wcale nie trzeba, by cieszyć się lekturą.
Szczelina – podsumowanie
“Szczelina” Jozefa Kariki pozytywnie mnie zaskoczyła. Dostałam w niej bardzo wiele elementów, których poszukuję sięgając po lekturę. Niesamowity klimat, powoli narastająca groza, niepokój czający się w powietrzu – to dominujące aspekty. Las i śnieg również są na plus. Bohaterowie nie są tu idealni, ale ludzcy, mają swoje słabości, a także możemy śledzić ich życie wewnętrzne. Irytują, ale dzięki temu ich zapamiętam. Zakończenie wbija w fotel i można je interpretować na wiele różnych sposobów. Można cieszyć się samą fabułą, ale również zaglądać głębiej, co uwielbiam. Sporo tu psychologii, wbrew pozorom.
Uwielbiam, jak Karika pogrywa z czytelnikiem, że na końcu nie wiadomo, co jest prawdą, a co fikcją.
Jak zawsze podkreślam – nie ma książki dla każdego i jeśli sięgniesz po “Szczelinę” przyszykuj się na slow burn, nie szalony galop. Mi się podobało. Jestem pewna, że to lektura, która zostanie ze mną na długo i kiedyś do niej wrócę.
Tytuł: Szczelina
Autor: Jozef Karika
Wydawnictwo: Stara Szkoła
Rok wydania: 2023
Liczba stron: 404
Odpowiednie dla miłośników: horrorów, grozy, slow burn, niepokoju, klimatu, rozbudowanej psychologii postaci, zakończenia typu WTF
Czy przeczytam jeszcze raz? Zdecydowanie TAK
Odrobinę podobny klimat, znajdziemy w „Melafirach”.


