“W tym miejscu śpiewają potwory” to kolejna powieść Catherine Reiss, a jednocześnie moje pierwsze spotkanie z autorką. Podeszłam więc do niego bez żadnych oczekiwań. Chociaż poznałam tę historię dzięki współpracy recenzenckiej, książkę postanowiłam przeczytać już wcześniej – wielokrotnie widziałam jej recenzje na instagramie. Cieszę się, że miałam taką możliwość. To mieszanka horroru, thrillera i nutki metafizyki. Razem tworzą niespotykany do tej pory koktajl.
Intrygująco…
Pierwsze wrażenie jest niezapomniane, nie oszukujmy się, dlatego tak ważna jest okładka. Tytuł wydał mi się fascynujący. Nie za krótki, nie za długi. Jednakże słowa i ich przekaz ułożyły się w niespotykaną całość, że nie dałam rady przejść obok całkiem obojętnie. Do tego ilustracja przedstawiająca podniszczony pensjonat skąpany w zielonej aurze, gdzie jedno z okien jarzy się czerwonym światłem, również przyciąga wzrok każdego entuzjasty zjawisk niewyjaśnionych. Miękka oprawa zdecydowanie sprzyja temu, by nosić książkę ze sobą, by ani przez chwilę nie przestawać czytać, gdy fabuła wciągnie zbyt mocno. Przyjemny dla oka font dopełnił całość. Wydawnictwo Nocą wykonało tu kawał porządnej, rzetelnej pracy.
Powieść otwiera cytat z Lśnienia Stephena Kinga, co doskonale trafia w moje osobiste preferencje, bo dzięki takiej zapowiedzi czytelnik niejako wie, czego się mniej więcej spodziewać. Przewracając kolejne kartki, nastąpiło delikatne rozczarowanie. O tym jednak za chwilę.
Rodzina Kellerów w tarapatach
Na samym początku Rosanna Keller wraz z nastoletnimi dziećmi – Jazzem i Lizi, opuszczają dom w pośpiechu, uciekając przed czymś lub przed kimś. Czytelnik początkowo tego nie wie. Wyruszają w podróż wysłużonym autem i gdy nagle kończy im się paliwo, postanawiają udać się piechotą na najbliższą stację benzynową. Po drodze zaskakuje ich burza, więc gdy docierają na miejsce są zziębnięci i zmęczeni. Miejsce od początku wydaje się osobliwe, a mimo wszystko, gdy pojawia się perspektywa noclegu w pobliskim pensjonacie, Kellerowie korzystają z tej okazji. Może jestem przewrażliwiona, ale gdyby mi ktoś zaproponował postój w obiekcie w szczerym polu, dodatkowo odraczając opłatę na kolejny dzień, deklarując przy tym “wszystko wam damy”, to wzbudziłoby to conajmniej moje podejrzenia. Być może jednak po prostu oglądam za dużo horrorów.
Rosanna nie ma jednak takich dylematów i dobrze, bo gdyby podjęła inną decyzję, nie byłoby całej tej historii. Pensjonat okazuje się dziwny, delikatnie rzecz ujmując. Chociaż od samego początku czuć pod skórą, że coś jest nie tak, mija dłuższa chwila nim karty, choćby częściowo, zostają odkryte.
W tym samym czasie Max – mąż Rosanny, odkrywa, że jego rodzina zniknęła. Rozpoczyna gorączkowe poszukiwania, nie zawsze będąc do końca szczery z policją. Jak daleko się posunie, by odkryć prawdę? Czy będzie z tego zadowolony?
Tymczasem życie w pensjonacie przepełnione jest napięciem, które nocą zmienia się w namacalny strach. Granica między życiem a śmiercią jest tu bardzo cienka. Coś patrzy. Coś czeka. Coś śpiewa.
Bohaterowie, którzy nie są sympatyczni
Nie wiem, czy to celowy zabieg autorki, czy moje osobiste preferencje sprawiają, że nie polubiłam absolutnie żadnej z postaci. Rosanna wydaje mi się przewrażliwiona na punkcie dzieci, a jednocześnie skupia się głównie na sobie, jest piekielnie naiwna. Lizi jest nastolatką przewracającą ciągle oczami i próbuje na siłę udowodnić, że jest dorosła. Jazz czuje się niezrozumiany i ciągle śledzi starszą siostrę. Max ma ego wybujałe pod sam sufit i chociaż mam wrażenie, iż nie był bardzo zżyty z rodziną, nagle postanawia zrobić wszystko, by ich odnaleźć.
Nie twierdzę, że to źle. Nie polubiłam się z żadnym z bohaterów, ale to świadczy o tym, że nie są oni zupełnie bez wyrazu, bo gorzej by było jakby nie wzbudzali żadnych emocji. Założę się, że istnieją czytelnicy, którym się podobali lub sympatyzowali z nimi. Mnie głównie irytowali. Być może to dlatego, że mało było życia wewnętrznego bohaterów, bym mogła ich lepiej zrozumieć i poznać ich motywacje? Tak sobie trochę gdybam w tym momencie.
Światła, kamera, akcja
W samej powieści „W tym miejscu śpiewają potwory” dzieje się naprawdę dużo. Całość jest podzielona na ponad pięćdziesiąt dość krótkich rozdziałów, dzięki czemu czyta się całkiem sprawnie. Chociaż cały czas coś się dzieje, to akcja tak naprawdę wciągnęła mnie mniej więcej od dziesiątego rozdziału. Warto być jednak cierpliwym, bo dalej całość przyspiesza i nabiera tempa.
Podoba mi się stopniowanie napięcia – początkowo masz taką myśl “ok, coś tu nie gra”, przez “no grubo, grubo”, aż niepostrzeżenie przechodzisz do obgryzania paznokci w czasie lektury, a mózg może już tylko wydusić z siebie “AAAA, co tu się właśnie…?”.
Jednocześnie są rozdziały, które pozwalają na złapanie oddechu, na lekkie zwolnienie tempa. Wszystko przeplata się ze sobą tworząc zgrabną całość, pozwalając zanurzyć się czytelnikowi w całości.
Mam wrażenie, że nacisk jest tu położony właśnie na wydarzenia, a nie jak wcześniej wspominałam, na życie wewnętrzne bohaterów. To nie jest wada, co więcej uważam, że dzięki temu fabuła jest bardziej dynamiczna. Czytając mogłam sobie wyobrazić, jak mogłaby wyglądać każda ze scen. Dzięki temu to kolejna książka, którą uznaję za genialną do nakręcenia filmu na jej podstawie.
Coraz więcej pytań
Jak już wcześniej wspomniałam, fabuła z każdą kartką wciąga coraz mocniej. Jeśli jednak spodziewasz się, że w którymś momencie wszystko się jakoś wyjaśni, to jesteś w błędzie. Zagadka goni tu zagadkę, pytania mnożą się szybciej niż króliki, a wątpliwości rosną do monumentalnych rozmiarów.
Z jednej strony dostajemy tu wielokrotnie powtarzający się motyw – miejsce styku, gdzieś na granicy światów, a z drugiej jest tu wiele elementów zaskakujących, jak chociażby podział potworów na różne rodzaje, czy to, co one śpiewają. Nie chcę zdradzać za dużo, ale jednocześnie pragnę podkreślić, że naprawdę były tu zaskoczenia i sprawiały, że miałam ochotę czytać dalej.
Rozczarowania językowe
Przejdźmy teraz do tego, co nie zagrało. Z jednej strony dostajemy tu historię intrygującą, pełną podskórnego napięcia, opowiedzianą prostym językiem. Nie było tu epatowania krwią, ale wcale mi go nie brakowało. Z drugiej strony, mam jednak wrażenie, że pewne rzeczy wymagają dopracowania. Początkowo ciężko mi było ze względu na błędy językowe. W sąsiadujących ze sobą zdaniach często wyłapywałam powtórzenia tego samego słowa. Czasem brakowało kropki tam, gdzie powinna być. A czasem po prostu coś mi nie grało. Pozwolę sobie zacytować: “Wypadek? Napadnięcie? Porwanie…”. Zastanawiam się, czy tam zamiast słowa “napadnięcie” nie wystarczyłoby po prostu “napad” lub “napaść”. Albo “Przyszliśmy na pieszo”. Znów się zastanawiam, czy nie powinno być “przyszliśmy pieszo” , ewentualnie “przyszliśmy na piechotę”.
Słowo ‘który’ występuje wyjątkowo często, w różnych formach. To nie przeszkadza jakoś szczególnie, tym bardziej w sytuacjach, gdy akcja przyspiesza, jednakże tak czy inaczej to zauważam. Podobnie rzecz ma się z zaimkami dzierżawczymi.
Dobra wiadomość jest jednak taka, że o ile na początku całkiem sporo takich kanciastości, to z czasem i z każdym kolejnym rozdziałem było ich coraz mniej.
I kilka innych
W dobrze skonstruowanych dialogach, czytelnik może już po kilku słowach zorientować się, kto wypowiada słowa. W przypadku książki “W tym miejscu śpiewają potwory” wypowiedzi nie są w żaden sposób charakterystyczne. Często wydają się być niedopracowane, jakby było wszystko jedno, który bohater właśnie mówi. Tam się wkrada nienaturalność. To również nie jest jakiś niewybaczalny błąd, a coś, co po prostu można by było zrobić lepiej.
Odnoszę wrażenie, że relacje są tu budowane za szybko, przez co są mało wiarygodnie. Przykład? Jazz (15 lat) po jednym spotkaniu z Darinem, nazywa go od razu swoim przyjacielem – czy ktokolwiek tak robi w prawdziwym życiu?
Jeśli zaś chodzi o samo zachowanie postaci, to często wydaje mi się po prostu absurdalne. Ja rozumiem, że szok i te sprawy, ale wciąż… Rosa i dzieci trafiają do miejsca skąd nie mogą się wydostać i nie wydaje mi się, żeby to jakoś strasznie przeżywali. Gdzie początkowy szok i zaprzeczenie? Gdzie gniew i bunt na rzeczywistość? Gdzie negocjacje, zanim pojawi się akceptacja? Wiem, że wymieniłam teraz kolejne etapy żałoby, ale czy Kellerowie nie utracili właśnie życia, jakie dotychczas wiedli i znali?
Mam również wrażenie, że są momenty, że postacie wiedzą za wiele, jakby posiadały informacje, których nie powinny mieć. Chociaż mam szczerą nadzieję, że to wyjaśni mi kolejna część serii “Miejsce styku”.
I jeszcze na koniec jedna myśl – akcja toczy się w Ameryce. Mogę zrozumieć skąd takie umiejscowienie wydarzeń, jednocześnie odrobinę zabawny wydaje mi się fakt, że upijają się tam wódką, a nie whisky czy burbonem. Od razu jakoś tak bardziej swojsko się zrobiło.
W tym miejscu śpiewają potwory – OSTRZEŻENIE
Uczciwie ostrzegam – istnieje duże prawdopodobieństwo, że książka Cię po prostu wciągnie i przesuniesz kilka rzeczy na później, bo jeszcze jeden rozdział… Nie dostaniesz jednak odpowiedzi. To zaledwie pierwszy tom serii “Miejsce styku”. Historia kończy się dużym plot twistem na koniec i wbija w fotel, a jednocześnie wszystkie wątki nadal są otwarte, nic tu się nie wyjaśniło. Bardzo cieszę się, że na okładce jest wyraźnie zaznaczone, że to tom pierwszy, bo wiedziałam, na co się piszę. W przeciwnym razie byłabym zirytowana i zniecierpliwiona w oczekiwaniu na kolejną część. To nie jest zakończona historia, a zaledwie jej początek.
Na dokładkę
Poza szybką akcją, napięciem, klimatem niepokoju, śpiewającymi potworami, czytelnik dostaje tu jeszcze kilka motywów, które nie należą do lekkostrawnych.
Odnajdziemy tu czasem skomplikowane relacje rodzinne. Nie zawsze proste, nie zawsze oczywiste. Możemy też obserwować, jaka jest cena prób ratowania rodziny oraz podtrzymywania tajemnic schowanych za zamkniętymi drzwiami.
Miejsce, do którego trafia Rosa wraz z dziećmi, to klasyczny przykład małej zamkniętej społeczności. Ten klimat małomiasteczkowości, tajemnic, zmowy milczenia jest tu doskonale ukazany. Życie w pensjonacie pełne jest zasad, których nie wolno łamać. Pokazuje, że każdy czyn ma swoje konsekwencje.
To też trochę historia o ucieczce. Bohaterowie starają się umknąć potworom, ale również przeszłości, która podąża za nimi jak cień.
Podoba mi się również, że nie wszystko jest tam takie, jakie się wydaje. Często jest tu drugie dno, które widać dopiero po chwili. Miła staruszka może okazać się bezwzględną manipulantką, a niewinny chłopak, spowodować kolejną tragedię. Chodzi mi głównie o to, że potwory są tam nie tylko dosłowne, ale pełno jest również tych wewnętrznych demonów i w sumie nie mam pewności, które z nich są gorsze.
Nie mogę się powstrzymać…
Muszę wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie – „W tym miejscu śpiewają potwory” klimatem bardzo przypomina serial Stamtąd (“From”). Chociaż obejrzałam tylko kilka odcinków, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. W obu przypadkach mamy miejsce, z którego nie da się wyjechać – miasteczko na końcu świata i zamkniętą społeczność, gdzie auta są bezużyteczne, a noc jest szczególnie niebezpieczna, bo właśnie wtedy wychodzą potwory, łudząco podobne do ludzi. W moim odczuciu nie jest to ani wada, ani też zaleta. To spostrzeżenie stanowi bardziej wskazówkę. Jeśli jesteś fanem tego serialu, to są spore szanse, że “W tym miejscu śpiewają potwory” również Ci się spodoba.
Podobny klimat można częściowo odczuć w serii o miasteczku Wayward Pines – tam też jest dziwnie, również jest zamknięta społeczność, tylko potwory są bardziej namacalne niż metafizyczne.
Kapka “Lost” też się tu znajdzie, czy “Czarny Wygon” z naszego rodzimego podwórka.
Podsumowanie – W tym miejscu śpiewają potwory – czy warto?
W moim odczuciu, to nie jest książka, która głęboko analizuje rzeczywistość. Ma swoje mocne i słabe strony. Dla mnie to budowanie napięcia, poszukiwanie pytań i rozrywka na kilka wieczorów. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać i z ciekawością sięgnę po tom drugi.
Tytuł: W tym miejscu śpiewają potwory. Seria Miejsce Styku, tom I
Autor: Catherine Reiss
Wydawnictwo: Wydawnictwo Nocą
Rok wydania: 2025
Liczba stron: ok. 550
Odpowiednie dla miłośników: horrorów, grozy, potworów, tajemnic, podskórnego niepokoju, akcji (a nie życia wewnętrznego bohaterów), serialu „Stamtąd”(„From”), lżejszej lektury
Czy przeczytam jeszcze raz? Raczej nie, ale chętnie sięgnę po tom 2
Polecam zajrzeć na profil autorki np. na instagramie
Warto również zajrzeć od czasu do czasu do Wydawnictwa Nocą


