Po drugiej stronie kamery – seria NPC, czyli Niezgodni, Perfidni, Czepialscy

“Po drugiej stronie kamery” – wydana jako selfpublishing przez Jakuba Płocha w obecnym 2025 roku, jest pierwszą książką przez niego napisaną. I to widać. Mam jednak nadzieję, że jego przygoda z pisarstwem nie zakończy się na tym jednym tytule, a wyciągnie wnioski z krytyki i kolejne dzieła będą coraz lepsze.

Z czym mamy do czynienia

Książka opowiada o przygodach dwójki przyjaciół z dzieciństwa, Davida i Ashley. W celu przeprowadzania reportaży o różnych miejscach oraz zyskania przy tym sławy, dają się namówić Abigail na podróż w jej rodzinne strony. Podobno jest tam wspaniały obiekt na kolejne dzieło – przeklęty dom. To, co miało być tylko kolejnym odcinkiem programu, przeradza się w nieszablonowy thriller z elementami horroru. Podczas czytania da się wyczuć powoli zmieniające się charaktery pary, budowane napięcie oraz coraz to większą siłę panującą w tytule. Trzeba przyznać, że historia ma potencjał.

Potencjał jest, a jak dalej?

“Po drugiej stronie kamery” dało mi wiele wrażeń podczas czytania. Już pierwszy rozdział zdołał mnie zaszokować, jak i zmylić, co to tematyki tej książki. Ale to składam na karb swojej winy, gdyż zaczynając czytać, nie wiedziałem o niej zupełnie nic. Fabuła jest zaplątana, jak się okazało jest to spis wydarzeń z wielu sesji RPG prowadzonych przez autora – i to da się wyczuć. Takie podejście może wnieść do historii bardzo dużo niespodziewanych elementów, czasem mocno ją komplikując. Momentami niektóre rzeczy wydają się wręcz nieoczywiste, niedopatrzone lub niedopracowane. O czym dokładnie piszę?

Nieoczywiste – spotkałem się z podejściem, że rola jednego z bohaterów jest w książce zupełnie zbędna. Dopiero po przeanalizowaniu zdarzeń da się zauważyć jej wkład w postęp historii.

Niedopatrzone – mowa jest w pewnym momencie o stale zmieniających się rozkładach pomieszczeń, jednak jak mają kierować się w pośpiechu np. do kuchni, bohaterzy zawsze wiedzą, gdzie ona jest.

Niedopracowane – korekta tekstu powinna być bardziej dopracowana. Jeżeli jesteś fanatykiem ortografii, może być ci ciężko skupić się na historii pod naporem licznych błędów interpunkcyjnych oraz gramatycznych. W mojej opinii jeżeli książka będzie przedrukowywana w nowym nakładzie i jest taka opcja – należy wprowadzić poprawki. Bez tego nastąpi niestety fala krytyki na poziom polszczyzny użytej w „Po drugiej stronie kamery” przyćmiewając cały jej potencjał

W takim razie czy warto?

Dzieło Płocha pozostawia wiele do życzenia podczas czytania. Bardzo jasno rysuje się, że jest to jego pierwszy kontakt zarówno z korektą, wydawnictwem swoich dzieł, jak i całą otoczką pisarską. Mając to na uwadze, czy warto? Uważam, że tak, warto dać jej szansę. W szczególności, aby wesprzeć i móc zobaczyć, jak rozwinie się kariera młodego pisarza. Jak już pisałem, ma on potencjał, ale potrzeba go dobrze wyszlifować.

Kroki na przyszłość

Pomimo zakończenia książki w taki sposób, ma dostać ona swoją kontynuację. Cieszę się, że niedokończone i niewyjaśnione wątki zostaną na nowo poruszone i, mam nadzieję, wyjaśnione. Zwracam tylko uwagę, by pośpiech nie wpłynął na jakość dostarczanego tekstu. Przy kolejnej części czytelnik może już nie być tak wyrozumiały, jak przy pierwszym dziele autora, ale to już trzeba będzie ocenić po wydaniu kontynuacji.
Na wzmiankę zasługuje również projekt graficzny okładki. Zawiera wszystkie kluczowe elementy z książki, jest dopasowany do nastroju w niej panującym oraz ogólnie wygląda bardzo dobrze. Jak sam autor pisał w posłowiu

Dzięki jej talentowi i wyczuciu moja opowieść zyskała oprawę, która idealnie oddaje jej ducha.

Książkę “Po drugiej stronie kamery” czytaliśmy w ramach serii NPC – Niezgodni, Perfidni, Czepialscy, ale również w ramach współpracy recenzenckiej. Porwało czy raczej rozczarowało?

Podróż za wielką wodę

Akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, w dwóch miasteczkach. Bohaterami jest dwójka młodych ludzi – David i Ashley, którzy wspólnie tworzą program o zjawiskach paranormalnych. Kiedy poznają Abigail, dziewczyna dzieli się z nimi historią o domu owianym złą sławą. Postanawiają zgłębić jego tajemnice i nakręcić odcinek o tym miejscu. W trójkę wyruszają w podróż. Gdy docierają do Goldthwaite, zaczynają zbierać materiał do kolejnego epizodu programu tak, jak to zwykle robią. Wkrótce jednak okazuje się, że sprawy komplikują się bardziej niż byli w stanie to przewidzieć. Doświadczają rzeczy niezwykłych i niewyobrażalnych. Jednym słowem wdeptują w wielkie bagno. Przeczytaj sam, żeby dowiedzieć się, czy udało im się ujść z tego cało. 

Akcja jak scenariusz filmowy

Bohaterowie zajmują się kręceniem programu o zjawiskach paranormalnych. Podczas czytania, kamera przez cały czas jest obecna i często wychodzi na pierwszy plan. To nieodłączny atrybut Davida, który często patrzy na świat przez jej obiektyw. To pierwsza rzecz sprawiająca, że “Po drugiej stronie kamery” jawi mi się jako dzieło przygotowane pod nakręcenie filmu, najlepiej takiego w stylu found footage. Chociaż jest moment, w którym przyjaciele gubią kamerę.

Drugim powodem jest tempo akcji. Tu cały czas coś się dzieje, nie ma miejsca na przestoje, na rozważania i życie wewnętrzne bohaterów. Opisy miejsc są maksymalnie skrócone. Czasem sprowadzają się do kilku zdań, skondensowanych, ale jednocześnie celnych i dobrze oddających klimat miejsca. Narracja jest skupiona na podejmowaniu działania. Jeśli lubisz powolne, stopniowe budowanie atmosfery, narastające z czasem napięcie, to tutaj tego nie znajdziesz. Znajdziesz za to dynamiczne, szybko zmieniające się sceny. Tak skonstruowane tempo i nacisk na podejmowanie działania, sprawiają, że dostajemy historię skondensowaną na zaledwie 120 stronach. Jak wspomniałam wcześniej, taki zabieg w moim odczuciu sprawia, że “Po drugiej stronie kamery” świetnie by się nadawało do sfilmowania. 

Takie prowadzenie narracji ma również jeszcze jedną konsekwencję – język jest zasadniczo prosty, niezbyt skomplikowany, zdania nie są wielokrotnie złożone, brak też bogatych opisów, rozbudowanych metafor. Odnajduję tam za to kilka hiperbol, które mają za zadanie podkreślić dramatyzm sytuacji bohaterów. Wszystko to sprawia, że lektura jest z gatunku tych łatwych, prostych i przyjemnych, idealnych na jeden wieczór. Nie ma tu wielkiej głębi i filozoficznych przemyśleń – zamiast tego, mamy dobrą zabawę. 

Kilka rzeczy mnie zaskoczyło

Pierwszy rozdział, a konkretnie scena z Amy, sprawiła, iż myślałam, że będę miała do czynienia z czymś mocno przerysowanym, nie do końca serio. Jednakże mimo takiego otwarcia, lektura potoczyła się w innym kierunku, co przyjęłam z nieukrywaną ulgą.

Zaskoczeniem była też scena, gdy bohaterowie wracają do motelu i myślą, że są bezpieczni, po czym, szybko odkrywają, że wcale nie uciekli tak daleko, jak im się wydawało. Nie będę wdawać się w szczegóły, aby nie psuć niespodzianki czytelnikom. 

Zaskoczyła mnie też… noga od stołu, która okazała się elementem nadspodziewanie zabawnym. I tu również odsyłam do samodzielnej lektury, by nie zdradzać zbyt wiele. 

Duet David & Ashley

Chociaż są to główni bohaterowie, mam wrażenie, że mogę niewiele o nich powiedzieć. Postać męska wysuwa się tu delikatnie na front. David na początku jawi mi się jako typowy nerd, który zamyka się w swoim świecie i unika kontaktów z innymi ludźmi. Jego główną rozrywkę stanowią gry komputerowe, przy których potrafi spędzać całe noce, przez co czasem nie dotrzymuje danego słowa. Obsesyjnie wręcz podąża za sensacją – wydaje mi się, że jest w stanie zrobić niemal wszystko, żeby podnieść oglądalność swojego programu. Jego przyjaźń z Ashley to jedyne relacje międzyludzkie, jakie podtrzymuje. Jednocześnie nie widzę, żeby jakoś szczególnie bardzo dbał o tą więź – być może po prostu nie wybrzmiało to odpowiednio w treści lektury.

Natomiast jeśli chodzi o Ashley… Dziewczyna z pewnością boi się pająków i chce zostać aktorką. A co poza tym? No właśnie nie za bardzo coś mi przychodzi do głowy. Na pierwszy plan nie wysuwa się ani poczucie humoru, ani cięty język, ani odwaga dziewczyny. W moim odczuciu stanowi tło dla Davida. 

Odbyliśmy – dwie osoby z naszej rozrywkowej ekipy – ciekawą rozmowę z Jakubem Płochem, autorem “Po drugiej stronie kamery” i zwróciłam na to uwagę. Mimo wszystko nadal obstaję przy swoim – Ashley zrobiła zdecydowanie mniej dla rozwoju fabuły niż David. 

Jeśli zaś chodzi o niego, bardzo podobało mi się, jak zmieniał się jego charakter wraz z czasem, który spędził on w domu. Ze spokojnego i cichego, zaczął przeobrażać się w porywczego i pełnego gniewu człowieka. Dom go wypaczał.

Jeszcze kilka pozytywów

“Po drugiej stronie kamery” to debiut i selfpublishing. Zawsze mocno trzymam kciuki za młodych, polskich autorów i tak było też tym razem. Uwielbiam, jak ktoś wierzy w siebie i dąży do realizacji marzeń. To ważne, bo sama wiem, jak często zabrakło mi po prostu odwagi.

Na uwagę zasługuje również okładka, która idealnie oddaje nie tylko klimat lektury, ale również nawiązuje w bezpośredni sposób do jej treści. Lubię kiedy grafika i zawartość do siebie pasują i tworzą coś spójnego. Przyjemny dla oka był również wybrany font i numery stron umieszczone w stopce. wiem, że to szczegół, ale składa się na całościowy odbiór dzieła. 

Równia pochyła…

Lubię nasz rodzimy język, chociaż jest trudny. Łatwo popełnić błąd, co więcej są sytuacje, w których bez problemu to wybaczam. Z przykrością muszę stwierdzić, że jeśli chodzi o korektę i redakcję to mamy tu bagno i dwa metry mułu. Już nawet Łysek się poddał i przestał choćby próbować, po prostu położył się czeka w agonii na zbliżający się koniec. 

Literówki, brak kropek, sporo pominiętych przecinków, powtórzenia… Wzięłam podkreślacze i zaczęłam zaznaczać – każdy rodzaj błędu innym kolorem. Początek mam bardzo kolorowy, a potem się zwyczajnie poddałam. Za to odnalazłam kilka razy podlaskie “dla” oraz wyrażenia typu:

Okna zabite deskami, w niektórych brakowało drzwi. 

A już największą zbrodnią jest w moim odczuciu, kiedy główna postać nagle zmiana imię – w przedostatnim rozdziale zamiast Ashley mamy kogoś zupełnie innego, chociaż z kontekstu jasno wynika, że chodzi konkretnie o nią. No proszę państwa, tak się po prostu nie robi. To się nie godzi.

Niedokończone

Chociaż w książce dzieje się dużo, to jest wiele wątków, które są porzucone i zapomniane, jak stare zabawki na zakurzonym strychu – nie wiadomo, czy ktoś jeszcze kiedykolwiek po nie sięgnie. Strasznie mnie to irytowało, bo każde kolejne odkrycie podkręcało atmosferę, sprawiało, że cała zagadka stawała się bardziej zagmatwana. Miałam nadzieję na jakieś logiczne powiązanie wszystkiego w całość, dokładne wyjaśnienie. Tymczasem tajemnice rozmnożyły się jak grzyby po deszczu, a nie ma komu ich zbierać. Zostałam po lekturze skonsternowana. 

Sam autor obiecał co prawda, że wszystko się wyjaśni w kolejnej części, ale w takim razie dlaczego w książce nikt tego wyraźnie nie zaznaczył, że to dopiero początek całej historii? Lubię wiedzieć, kiedy mam do czynienia z zamkniętym dziełam, a kiedy z czymś “under construction”. Moje oczekiwania są wtedy zupełnie inne. Cieszę się, że porozmawialiśmy i to ustaliliśmy, jednakże czytając “Po drugiej stronie kamery” odczuwałam duży dyskomfort z powodu niedokończonych wątków.   

Kobiety do garów

Dobra, może to nie do końca tak, ale chciałam zacząć z przytupem. Nie podoba mi się sposób przedstawienia postaci kobiecych w książce. Litościwie nie będę znęcać się nad Amy i ją po prostu tym razem pominę. 

Kiedy Ashley i Abigail znalazły się w motelu to, cytując:


Dziewczyny przepadły na wspólnej, jak się szybko okazało, pasji, którą było plotkowanie. Wymieniały poglądy na różne tematy. Od chłopaków widzianych na imprezie, po najmodniejszy kolor obecnego sezonu.

Mamy tu pięknie oblany test Bechdel. Co trzeba zrobić, aby go zaliczyć? Należy spełnić trzy punkty:

  1. Muszą pojawić się co najmniej dwie postacie kobiece – zaliczone
  2. Muszą ze sobą rozmawiać i mieć imiona – udało się
  3. Muszą rozmawiać o czymś innym niż mężczyźni – no tu jakby klapa

Dobra, ale pomijając sam test, robienie z plotkowania pasji jest po prostu słabe i stereotypowe – czyni z postaci papierowe dekoracje. Ponadto spłyca bardzo postacie kobiece. 

Podobnie jest w scenie, gdy Ashley odnajduje toaletkę w starym, opuszczonym domu:

W toaletce znajdowała się skromna liczba kosmetyków. Ashley jako kobieta nie mogła sobie odpuścić okazji, aby je przejrzeć. 

Otóż, nie każda kobieta lubi kosmetyki i spora ich część spokojnie poszłaby dalej, odpuszczając sobie tę niebywałą okazję. Wyłania mi się tu obraz wprost z poradników dla pań domu z lat pięćdziesiątych, gdy miały one gotować obiad, ładnie wyglądać i dbać o męża. Jakby można było postawić znak równości między kobietą a kosmetykami. To bardzo spłyca postać samej Ashley, nie ma tu miejsca na indywidualność, psychologię postaci. Zamiast tego dostajemy stereotypy płciowe. Banał –  i literacki, i społeczny. 

Zakończenie

Powiem w skrócie – zakończenie mnie rozczarowało. To ten typ, którego najbardziej nie lubię. Mam trochę podobne odczucia, jak opisywałam to w recenzji “Kieszeni pełnych ślimaków”. Zaznaczam, to nie jest złe zakończenie, bo jestem daleka od oceniania w ten sposób. Natomiast to jest totalnie nie mój typ.

Podsumowując “Po drugiej stronie kamery” jest zgrabnym, choć nie pozbawionym wad, debiutem. Najbardziej przeszkadzała mi mnogość błędów. Chociaż jestem pełna podziwu, że Jakub wziął to przysłowiowo na klatę i przyznał nam w tej kwestii rację, bo jednak nie każdy to potrafi. 

To lektura idealna na jeden wieczór, chwilami zabawna, chwilami trzymająca w napięciu. Nie odnajdziecie tu głębi, ale będziecie się nieźle bawić, jak na filmie akcji w kinie. 

Przewijanie do góry