“Game Over” – napis widniejący za każdym razem, kiedy straciłam ostatnie życie w SuperMario czy innym Circus Charlie grając na pegasusie. To moja pierwsza myśl, gdy zastanawiam się nad znaczeniem tych dwóch słów, chociaż kryje się za nimi dużo więcej. Sama nie wiedziałam jednak jak wiele.
Pierwsze wrażenia
“Game Over” przeczytałam w ramach booktouru organizowanego na instagramie (dzięki @ojciecpogodzinach). Gdyby nie to, sama z siebie raczej nie sięgnęłabym po książkę. Krzykliwa, trochę komiksowa, trochę pop-artowa okładka, przekonała mnie, że to nie jest coś dla mnie. Spodziewałam się czegoś lekkiego, zabawnego, z młodszym bohaterem. Tymczasem ja lubię jak jest ciężko, jak czytana treść wżera ci się w mózg oraz serce, rzuca cię na kolana, rozdzierając twoje jestestwo na milion małych kawałków i zostawia z moralnym kacem. Pozory bardzo często jednak mylą i tak właśnie się stało w tym przypadku.
Kolorowa okładka i narracja wokół książki sprawiły, że zbyt szybko ją oceniłam i w wyniku tego, oczekiwałam czegoś zupełnie innego. Często powtarzały się głosy, że to nostalgiczny powrót do lat 90. Nie przepadam za przeszłością. Jestem też chyba bardziej pragmatyczna niż sentymentalna. Zakładałam, że to do mnie nie trafi. Jednakże już po kilku stronach wiedziałam, że przepadłam.
Klimat lat 90.
Pisałam już, że nie jestem sentymentalna? Otóż, okazało się, że jednak jestem, a przynajmniej tak zadziałała na mnie książka Tomasz Żaka. Jest tam wszystko to, co pamiętam z dzieciństwa, a nawet więcej, bo o niektórych rzeczach, już dawno udało mi się zapomnieć. Z lekkim uśmiechem czytałam o bieganiu po fajki dla rodziców, u noszeniu kluczy na szyi, czy o mistrzostwach w piłce nożnej ‘98. Aż sobie przypomniałam, że miałam mały żółty notesik, w którym notowałam kolejne wyniki potyczek na murawie. Wydawało mi się, że wszyscy wtedy stali się na chwilę fanami tego sportu i z zapartym tchem śledzili kolejne awanse aż do finału.
Ta książka to istny wehikuł czasu. Nie rozumiem na czym konkretnie polega jej magia, ale się sporo domyślam. Po pierwsze są w niej wspomniane wydarzenia, które mocno osadzają ją w czasie – choćby mistrzostwa ‘98. Drugim aspektem jest kreacja postaci. Używany przez nie język, zachowania, czy postawy, które każdy zna z własnego podwórka, jeszcze mocniej przenoszą czytelnika w przeszłość. Trzecią sprawą jest to, że bohaterowie używają lub wspominają rozwiązania technologiczne, które były ówcześnie dostępne. Jasne, może być tak, że ktoś, kto sięgnie po tą ksiązkę za piędziesiąt czy sto lat, nie będzie wiedział, o czym mowa. Już teraz młodsze osoby mogą nie wiedzieć, czym jest gadu-gadu, pegasus czy kaseta vhs. Jednocześnie, jeśli ktoś miał do czynienia z taką technologią, odczuje jeszcze większą nostalgię. Na koniec, co wcale nie znaczy, że jest to aspekt mniej ważny, są liczne nawiązania do popkultury.
Lista, lista, lista przebojów
„Game Over” jest jak mapa prowadząca przez kulturę lat 90. Znajdziemy tam wszystko – muzykę, filmy, powieści, gry na konsolę i papierowe RPG-i. Każdy wspomniany tytuł jest znany i znajomy, w jakiś sposób bliski. Można to potraktować jak swoistą bazę przenoszącą w przeszłość. Mamy też przemycone sprytnie rozważania na ten temat:
(…) czy to filmy pokazują prawdziwe zachowania ludzi, czy jest właśnie na odwrót i tak głęboko wchłonęliśmy popkulturę, że powielamy kreacje pisarzy i scenarzystów?
Co więcej można by było stworzyć listę piosenek na podstawie treści, do słuchania podczas lektury. Kto wie, może kiedyś?
O czym właściwie jest „Game Over”?
Wymienione przeze mnie wcześniej aspekty są zdecydowanie ważne i uprzyjemniają lekturę, ale nie są jednak najważniejsze. Skupmy się na chwilę na samej treści.
Tadeusz na co dzień pracuje w korporacji. Ma około 30 lat. Wydaje mi się, że jest rozczarowany życiem.
Kiedy z zasady masz wyjebane w ludzi, to musisz umieć w sztuczne uśmiechy mocno. Lata praktyki, wierzcie mi.
Nagle dostaje wiadomośc o samobójczej śmierci Piotra – swojego przyjaciela z dzieciństwa. Mimo niechęci postanawia pojechać do Niedorzecza, rodzinnej miejscowości i wziąć udział w pogrzebie. To dla niego trudne i bolesne, bo wraca nie tylko do miejsca, ale również do wspomnień.
Czytelnik poznaje koleje życia Tadeusza oraz to, jak przebiegała przyjaźń z Piotrkiem od pierwszego spotkania. W pierwszej połowie książki to na nim skupiona jest cała uwaga i to jego perspektywę poznajemy. Tadeusza odebrałam jako wrażliwego i inteligentnego dzieciaka, a jednocześnie bardzo niepewnego siebie. Ani wcześniej, ani później nie brakowało mu jednak kąśliwego poczucia humoru:
Heh, zawsze jak się mama wkurza, to jest Tadeusz. Już nie Tadzio, Tadek czy synek. Czy ja też mam do niej krzyczeć Danuta?
Tadeusz zawiódł się mocno zarówno na przyjaźni, jak i na miłości, co miało istotny wpływ na postawy przyjmowane przez niego w dorosłym życiu. W drugiej połowie książki śledzimy losy Piotra. Tutaj też cofamy się do wczesnego dzieciństwa i krok po kroku doświadczamy razem z nim każdej krzywdy. Piotr jest jednak zupełnie inny niż Tadeusz, a przynajmniej takie sprawia wrażenie na zewnątrz. Sam mówi o sobie:
Nie chciałbym być zwykły, wiesz, o co chodzi? Nie chciałbym za dwadzieścia lat móc powiedzieć tylko: cześć, jestem Piotr, mam żonę, dwójkę dzieci, kredyt na mieszkanie, pracuję na etacie, a w wolnych chwilach piję piwo i oglądam Ligę Mistrzów.
Doskonale rozumiem to podejście, a jednocześnie zastanawiam się, czy jest coś złego w byciu zwykłym?
Tadeusz i Piotr – różni i jednakowi zarazem
Z jednej strony byli bardzo różnymi ludźmi – jeden otwarty, wydawałoby się weselszy, korzystający z życia, nieustępliwy, drugi spokojniejszy, biorący wszystko do siebie, bardziej melancholijny.
Wydaje mi się, że obaj byli jednak bardziej do siebie podobni, niż byli gotowi to przyznać. Jasne, łączyły ich wspólne pasje, jak granie czy deskorolka, ale to coś więcej. Obaj pragnęli być akceptowani i kochani, być dla kogoś ważni. Obaj bali się do tego przyznać i mówić o tym wprost. W całej tej życiowej szarpaninie, obaj wydawali mi się być przede wszystkim przerażająco samotni.
Tadek już chciał mu wykrzyczeć, że owszem, że to jest bunt! Że od miesięcy czuje się źle, czuje się fatalnie i w dupie ma oceny, szkołę, w dupie ma wszystko. Że jest ciągle smutny albo zły. Że jak się napije z kumplami, to jest lepiej. Że jak posiedzi na Mecie, starając się dorównać reszcie zespołu, to czuje, że żyje. I tak, jest skurwielem w szkole, bo może, bo i tak nikt nie zwraca uwagi na to, co jest ważne.
Tadeusz zamknął się na ludzi, przestał być szczery, bał się komukolwiek zaufać, po rozczarowaniu, które go spotkało. Jego ucieczka była samotność z wyboru. Piotr znalazł sobie inny rodzaj eskapizmu:
Nie potrzebował dragów, żeby całą noc tańczyć i walczyć ze szczękościskiem. Potrzebował ich, żeby wyjść ze swojej bańki tworzonej przez myśli, stanąć obok i przeanalizować swoje życie. Traktował to jako swego rodzaju autoterapię, której potrzebował o wiele bardziej, niż pokazywał to światu.
Znów, to moje osobiste odczucia i przemyślenia, ale obok samotności widzę tu też bezsilność i bezradność. W końcu żaden z nich nie umiał zmienić w swoim życiu czegoś, co pozwoliłoby iść dalej. Obaj uciekali od życia i obaj nie chcieli dorosnąć.
„Game over” to garść trudnych tematów
Pod kolorową okładką kryją się treści dużo trudniejsze niż można by było się tego spodziewać. Poza nostalgią oraz samotnością, dostajemy tu koktajl złożony z wielu różnych składników.
Tadeusz musi się mierzyć z oczekiwaniami ojca i ciągła presją by go nie zawieść. Są sceny przemocy wobec dzieci, które mogą być trudne dla wrażliwego czytelnika. Występuje tu również alkohol i narkotyki, chociaż nie grają one pierwszych skrzypiec, są ważnym aspektem, który ma duży wpływ na bieg wydarzeń. Czytelnik zetknie się również z przemocą rówieśniczą i z tym, jak łatwo można zmienić się z ofiary w oprawcę. Jest też oczywiście temat samobójstwa.
Na okładce jest adnotacja, że jest to wnikliwie opisana droga człowieka do samobójstwa. Mam z tym trochę problem, albo raczej nie do końca się z tym zgadzam. Narracja, gdy czytelnik poznawał koleje losu Piotra, skupiała się na jego czynach. Brakowało mi jego życia wewnętrznego, większej ilości jego przemyśleń, zwłaszcza wtedy, gdy wrócił, jako dorosły do Niedorzecza. To było mocno ograniczone.
Często zdarza się, że człowiek rozważający samobójstwo, choruje również na depresję. Jego myśli przebiegają wtedy w określony sposób – zarówno przeszłość, teraźniejszość, jak i przyszłość malują się w ciemnych barwach. Jesteś w matni i nie widzisz szans na wyjście z niej. Tracisz apetyt. Czasem możesz spać po 12 godzin i być ciągle zmęczony, a czasem nie możesz spać wcale. Przygniata cię poczucie własnej bezwartościowości. Tego właśnie zabrakło mi w książce, żeby czytelnik mógł lepiej zrozumieć Piotra i to, co siedziało w jego głowie.
Mimo wszystko uważam, że to temat ciężki, ale ważny i warto go poruszać.
Żonglerka czasem
Nie wspomniałam jeszcze ani o języku, ani o narracji. Zacznijmy więc po kolei.
Tomasz Żak używa raczej prostego, przystępnego języka, pozbawionego skomplikowanych słów, co czyni książkę bardziej dostępną i łatwą w odbiorze. Wypowiedzi bohaterów są dostosowane do ich wieku. Czasami mamy do czynienia z językiem potocznym, ale w tym wypadku to działa bardzo na plus.
Mamy tu do czynienia z żonglowaniem narracją. Kiedy akcja toczy się tu i teraz, poznajemy świat z punktu widzenia Tadeusza. Natomiast, gdy wracamy do przeszłości, mamy do czynienia z narracją trzecioosobową. Podobnie, gdy mowa o Piotrze. Samo zakończenie, chociaż znów wracamy do perspektywy Tadeusza, wciąż pozostaje prowadzone jako narracja trzecioosobowa. Muszę jednak zaznaczyć, że miałam wrażenie, że tak czy inaczej przez cały czas mówi ten bardziej introwertyczny z przyjaciół. Miałam wrażenie jakbym czytała bardziej strumień jego własnych myśli, nawet jeśli narrator wypowiadał się akurat o kimś innym. Nie mam pewności, czy to tylko moje wrażenie, czy tak jest w istocie.
Kiedy myślę o historii obu chłopców, a potem mężczyzn, mam nieodparte wrażenie, że uczestniczę w czymś bardzo osobistym i intymnym. Sama nie umiem określić dokładnie, dlaczego.
Game over, czyli zakończenie
Cała książka jest słodko-gorzka. Z jednej strony mamy nostalgię i powrót do tych wszystkich “pierwszych razów”, które przywołują uśmiech na twarzy, a z drugiej zderzenie z nieidealnym, czasem niesprawiedliwym, a czasem brutalnym życiem.
Ktoś mógłby zarzucać, że sporo tam dramy, w moim odczuciu to po prostu codzienność wielu z nas.
Pod koniec Tadeusz odkrywa prawdę o swoim przyjacielu z dzieciństwa. Wydaje mi się, że to punkt zwrotny w jego osobistej historii. Domyślałam się prawdy już wcześniej, więc nie czułam się zaskoczona.
SPOJLER
Już od 35 strony podejrzewałam, że Anna miała romans z ojcem Tadeusza. Swoje przypuszczenia opierałam na reakcji Żerskiego na pozdrowienie Anny Zawadzkiej, mamy Piotra. A kiedy Piotr zareagował w tak żywiołowy sposób na pogrzebie, domyśliłam się też reszty.
Być może dla kogoś innego to mógłby być jednak być spory szok.
Wydaje mi się, że Tadeusz zmienił się po śmierci Piotra, odrobinę dorósł, że dopiero tak tragiczne wydarzenie i jego wszystkie implikacje, zdołały zburzyć stare fundamenty, by powstało coś nowego.
Znamienne pozostaje to, że w końcowej scenie żona Tadeusza pozostaje bezimienna. Czytelnik może się tylko domyślać, kim ona jest. Ja osobiście wolę zakładać, że nie jest to jednak ta sama dziewczyna, która go wcześniej tak zawiodła.
Żeby nie było tak za słodko i za różowo
Chociaż wymieniłam wiele pozytywnych aspektów i autentycznie cieszę się, że poznałam tą pozycję, nie mam pewności, czy po kilku latach będę ją pamiętać. Nie wiem, czy dotyczy to wszystkich czytelników, ja jednak mam tak, że zapamiętuje tylko niektóre książki – te, które w jakiś sposób wywarły na mnie niezapomniane wrażenie. Mimo iż polubiłam Tadeusza i Piotra i ten powrót do przeszłości, nie mam gwarancji, czy zostawią po sobie ślad na dłużej.
Wydaje mi się, że śledziłam ich losy głównie z punktu widzenia obserwatora, nie umiałam się natomiast zaangażować emocjonalnie. Byłam ciekawa, jak potoczą się ich losy, co się z nimi stanie, a jednocześnie nie było mi smutno, gdy ich życie skręcało z złą stronę, nie trzymałam też za nich kciuków. Nie umiem wskazać, dlaczego tak się stało. Trochę żałuję, bo ta historia miała potencjał, żeby wyrwać mi serce.
Wśród potencjalnych wad (czyli rzeczy, do których ktoś się może przyczepić) mogę wymienić nieco gawędziarski sposób prowadzenia narracji, ukazujący głównie perspektywę Tadeusza. Chwilami miałam wrażenie, że ślizgamy się po powierzchni wydarzeń, zamiast zaglądać w głąb.
Potencjalną wadą może też być nagromadzenie sporej ilości dramatycznych wydarzeń, bo dla niektórych może to być „za dużo dramy”. Mi osobiście to ani nie przeszkadzało, ani nie dziwiło. Ot, zwykłe życie niektórych z nas. Rozumiem jednak, że dla ludzi mających zupełnie inny start w dorosłość, takie przedstawienie wydarzeń może się wydawać trochę banalne, trochę stereotypowe, a trochę przewidywalne.
Już prawie kończę, tylko dodam kilka słów o autorze
Byłam przekonana, że „Game Over” to pierwsza książka Tomasza Żaka (do niego też wpadnijcie @tomasz_zak_30), z którą miałam do czynienia. Gdzieś na Instagramie mignął mi „Zastrzyk miłości”, chociaż w tym przypadku znów okładka skutecznie mnie zniechęciła do czytania.
Okazało się jednak, że Pan Tomasz jest również autorem książki „usuń_to” z 2024 roku. Tak się składa, że poznałam ją w formie audiobooka, który bardzo mi się spodobał. Nie pamiętam już wszystkich szczegółów, jednakże to powieść bardzo współczesna, dotycząca między innymi bezpieczeństwa w sieci. Mamy tam również intrygę, trochę akcji, wiele różnych wątków. Zakończenie w moim odczuciu zostawiało furtkę na pociągnięci tej historii dalej i trochę żałuję, że nie powstała jej kontynuacja.
W skrócie „usuń_to” to książka, na którą również warto zwrócić uwagę.
Podsumowanie
Napiszę tu to, co zwykle piszę – „Game Over” to nie jest książka dla wszystkich. Nie polecam jej osobom młodszym niż 30 lat – niech mi ktoś nawet zarzuci ageizm. Żeby zrozumieć specyfikę tamtych czasów, trzeba było ich choć trochę doświadczyć. Potem wszystko zaczęło się zmieniać – pojawiły się inne możliwości, sposób myślenia przeszedł poważną transformację. Ale wtedy, w tamtych czasach, wszyscy gonili za czymś lepszym, za czymś większym, nie wiedząc jednocześnie, w którą stronę podążać. Zawieszeni między oczekiwaniami rodziców, społeczeństwa i całego świata, czasem nie mając czasu na odkrywanie siebie, wszyscy wierzyliśmy, że wszystko jeszcze przed nami.
Pod lukrem z popkultury i nostalgii, mamy tu słodko-gorzkie nadzienie zrobione wprost z przemyśleń na temat świata. Szczególnie mocno trafiło do mnie jedno z nich:
Mamy zbyt wiele opcji, zbyt wiele możliwości wyboru. Jak się postarasz, nawet niezbyt mocno, to możesz teraz zamieszkać w każdym miejscu na świecie. Możesz robić, co ci się żywnie podoba. Możesz pracować, gdzie chcesz, być kim chcesz. Możesz wszystko i przez to, że możesz wszystko, nie możesz kompletnie nic. Bo wachlarz możliwości sprawia, że nic cię do końca nie cieszy, nic nie sprawia ci stałej radości. Wszystko jest miałkie, bo możesz to wymienić na coś innego w każdej chwili, w każdej sekundzie. Kiedyś mieliśmy tak z rzeczami, teraz mamy tak ze wszystkim. Mamy wolność totalną, która z kolei nie robi nic innego, tylko nas więzi. Ot, cały paradoks.
Tytuł: Game Over
Autor: Tomasz Żak
Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Rok wydania: 2024
Liczba stron: ok. 400
Odpowiednie dla miłośników: nostalgii, millenialsów, poruszania niewygodnych tematów, motywu odnajdywania własnej życiowej drogi, książek o dorastaniu
Czy przeczytam jeszcze raz? Prawdopodobnie nie, ale myślę, że warto po nią sięgnąć i będę polecać innym


