Kieszenie pełne ślimaków odrzucają mnie tylko częściowo

“Kieszenie pełne ślimaków” to książka, która mnie bardzo zaintrygowała, zachwyciła i zawiodła jednocześnie. Taki koktajl zwykle rzadko się spotyka, ale po kolei.

Pierwsze wrażenie

NIby nie powinno oceniać się książki po okładce, ale nie oszukujmy się – pierwsze wrażenie można wywrzeć tylko raz, a jest ono piorunujące. Chociaż to wydanie w miękkiej oprawie, to największą robotę robi tu grafika. Jest na niej ukazana postać, a właściwie jej twarz w ujęciu bocznym, z czarnym włochatym pająkiem na głowie. Mamy tu do czynienia z obrazem o wysokim kontraście, jest w nim coś mrocznego i niepokojącego. 

Sam tytuł również intryguje – zanim jeszcze poznałam treść, już on sam sprawiał, że miałam ochotę dowiedzieć się czegoś więcej. Tym bardziej, że ślimaki kojarzą mi się raczej z czymś mało przyjemnym, a bardziej obślizgłym i obrzydliwym.

Już pierwsze zdania wbijają w fotel:

Ponoć człowiek umiera dwa razy. Pierwszy raz, gdy jego serce przestaje bić. Później, gdy ludzie przestaną wymieniać w rozmowach jego imię. 

Poznajcie Borysa

Głównym bohaterem, jak i narratorem tej opowieści, jest Borys Odmieniec. Młody mężczyzna na życiowym zakręcie wraca w znajome strony, do Maciejowic, żeby zaopiekować się wiekowym dziadkiem. A przynajmniej taka jest oficjalna wersja zdarzeń. Borys zatrudnia się w “Domu Seniora”. Powoli wdraża się w obowiązki, zaczyna układać sobie wszystko na nowo i wieść proste, spokojne życie. Jednakże w jego nowym miejscu pracy zaczyna dochodzić do pewnych tajemniczych zjawisk, które wydają się być niepokojące tylko dla Borysa – cała reszta personelu zdaje się nie dostrzegać niczego nadzwyczajnego. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale czasem jest ona silniejsza niż zdrowy rozsądek. Czy Borysowi udaje się odkryć prawdę? I dokąd zaprowadzą go odkrycia? Tego już nie będę zdradzać. 

Dlaczego “Kieszenie pełne ślimaków” mnie zachwyciły?

I love Borys

Najważniejszy jest tu sam Borys. Całą historię poznajemy z jego perspektywy. Od razu go polubiłam. Czytając inne recenzje, zauważyłam, że czytelnicy mają do niego ambiwalentny stosunek, w przeciwieństwie do mnie. Borys wydaje mi się być przede wszystkim autentyczny. Nie jest żadnym bohaterem, nie ma milionów na koncie, nie osiągnął niczego spektakularnego, nie robi zawrotnej kariery. Jestem od dawna znudzona zbyt idealnymi postaciami, którymi karmi nas popkultura. Borys natomiast jest nieidealny. Rozstał się z dziewczyną, wyrzucili go z pracy, ma całe mnóstwo wątpliwości, co do dalszego życia i postanawia się przed nim na chwilę schować tam, gdzie czuje się bezpiecznie – u dziadka. To zwyczajne i ludzkie. Komentarze Borysa na temat sytuacji, czy osób z którymi się styka, są czasami niepoprawne, niestosowne, żeby nie pisać chamskie. To też jest ludzkie i zwyczajne, bo nie zawsze mamy siłę i ochotę być mili dla innych, ale dobre wychowanie każde nam zachować pewne uwagi tylko dla siebie. Tu siedzimy w głowie Borysa, więc nic dziwnego, że znamy jego każdą, nawet tą niestosowną, myśl.

Lubię Borysa jeszcze z powodu jego poczucia humoru. Czasem jest ono może lekko pasywno-agresywne, ale zawsze podszyte ironią. A trzeba pamiętać, że ironia to broń ludzi inteligentnych. To sprawia, że cała książka, mimo poruszanych tematów, jest w moim odczuciu zabawna.

Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę

Inne postacie w książce są również wykreowane na wysokim poziomie. Każda z nich wydaje mi się być autentyczna, posługuje się delikatnie innym językiem, ma swoją własną osobowość. Dzięki temu dobrze mi się czytało dialogi. Mam wrażenie, że trochę ich wszystkich znam. Szczególne miejsce w moim serduszku zajmuje dziadek Edward. Nie miałam żadnego problemu, żeby wyobrazić sobie tego hardego staruszka, zapalonego szachistę, miłośnika grzybów i drzemek, do których nie lubi się przyznawać. Sceny z nim wydają mi się być pełne ciepła, dobroci, jakiejś miękkości i sentymentu. Edward również wydaje mi się być bardzo zabawny – szczególnie jego upór, gdy wręcza wnukowi łańcuch do roweru. 

Realia życia na wsi i uroki pracy w domu spokojnej starości

“Kieszenie pełne ślimaków” to nie tylko powieść grozy, ale też dokładne studium codziennego życia. Szczególnie dobrze oddaje realia życia na wsi, gdzie każdy zna każdego, dużo rzeczy da się załatwić tylko po znajomości, wciąż istnieje handel wymienny, na zasadzie jak ci rybki, ty mi grzybki itp. 

Od razu zaznaczę, że nie poznałam osobiście realiów pracy w takim “Domu Seniora”, jednakże opisy przedstawione w książce bardzo przemawiają do mojej wyobraźni. Wydają mi się być bardzo adekwatne do rzeczywistości, chociaż w tej materii mogę się mylić. To, co zwraca moją uwagę to opisywanie osób starszych, ich życia i procesu odchodzenia w sposób pozbawiony litości i ckliwości. Bardzo mi się to podobało. 

Może to trochę nie na temat, ale zwróciłam uwagę na sentyment Borysa do Szczecina. Tu też mamy do czynienia z obrazowymi opisami – szarość budynków zapamiętam na długo.

“Kieszenie pełne ślimaków” to książka na jeden wieczór

Zgadza się i uznaję to za jej atut, bo nie zawsze ma się czas, siłę i chęci na grube tomiszcza. A tu dostajemy trochę ponad dwieście stron, napisanych prostym, miejscami zabawnym językiem. Konstrukcja zdań nie jest złożona, więc naprawdę szybko się to czyta. 

Budowanie napięcia

“Kieszenie pełne ślimaków” są klasyfikowane jako horror. Ale czy to naprawdę straszy? Na pewno miejscami jest zabawnie, czasem w historię wkrada się codzienne życie i jednocześnie pojawiają się pęknięcia na tej szklanej tafli normalności. Niby wszystko wygląda jak zwykle, ale czujesz, że coś tu nie gra, chociaż sam jeszcze nie do końca zdajesz sobie sprawę co. Napięcie jest tu budowane konsekwentnie od początku i narasta z każdą przewróconą kartką, co jest ogromnym plusem całej powieści. Muszę przyznać, że chwilami miałam ciarki na plecach i z zapartym tchem śledziłam, co wydarzy się dalej. Nie ma tu wielu scen spływających krwią, chociaż kilka się zdarzy. Całość układa się w naprawdę dobrą historię, ze stopniowo budowaną intrygą oraz wątkiem bestii wprost z mitologii słowiańskiej, ale…

Wielki zawód

Skoro tyle rzeczy dobrze działało i mi się podobało, to dlaczego piszę o zawodzie? Odpowiedź jest prosta – zakończenie. Wiele głosów bardzo je sobie chwaliło i doceniało ogromny plot twist na koniec, którego raczej nie dało się przewidzieć wcześniej. Przynajmniej ja zupełnie nie tego się spodziewałam. Zwykle lubię przewrotne i zaskakujące zakończenia, jednakże nie tym razem. Miałam wrażenie, że cała zbudowana misternie intryga, że całe to napięcie poszło na marne. 

SPOJLER – dla tych, którzy przeczytali

Czytelnik dostał tu zakończenie w stylu “a na końcu się obudził i okazało się, że to wszystko był tylko sen”. 

Poczułam się rozczarowana, bo w moim przekonaniu, tam było jeszcze mnóstwo potencjału na rozwijanie tej historii, na pociągnięcie tego dalej. Ta opowieść mnie wciągnęła, chciałam więcej, a tymczasem, czytając, miałam wrażenie, że autor uciekł się do takiego zabiegu, bo nie do końca wiedział, jak to zakończyć inaczej. A szkoda. 

Ogromny minus numer dwa

Lubię język polski i na co dzień staram się dbać o jego poprawność. Nie zawsze wychodzi, co racja, to racja, ale wciąż się uczę i doskonalę w tej trudnej sztuce. Natomiast uważam, że jeżeli książka jest wydawana na papierze, to szczególną uwagę należy zwrócić na to, żeby nie popełniać błędów. Niestety, tu było ich bardzo dużo, co psuło mi odbiór całości i bardzo rozpraszało mnie podczas czytania. Często brakowało przecinków tam, gdzie obowiązkowo powinny być. Czasami dialog nie zaczynał się od nowej linijki. Rozumiem, że przy tak długich tekstach można coś przeoczyć, że coś umknie przy sprawdzaniu błędów, ale tutaj tych potknięć było zdecydowanie za dużo. Miałam wręcz wrażenie, że ktoś to sprawdził mniej więcej do połowy, a potem stracił zapał, bo im dalej, tym było gorzej. Najbardziej zdenerwował mnie fakt zmiany imienia jednej z bohaterek – Elwira nagle stała się Emilią. Tu możecie sobie wyobrazić jak przewracam z dezaprobatą oczami. Ta książka zasługuje na więcej. 

Podsumowanie

“Kieszenie pełne ślimaków” to debiut, który osobiście uważam za bardzo udany. Lubię polskich autorów i polską grozę. Doceniam bardzo, bo mam wrażenie, że wciąż mało mamy tego na rynku. Autentyczni bohaterowie, duża dawka ironii, barwne tło społeczno-obyczajowe, stopniowo budowana intryga i ciarki na plecach to zdecydowanie jej atuty. Zakończenie mnie rozczarowało. Nie mówię, że było złe, bo wszystko było tam logicznie wyjaśnione, po prostu oczekiwałam czegoś innego. Całość była na tyle udana, że chętnie sięgnę po kolejne książki autora, chociaż mam nadzieję, że nad korektą i redakcją popracuje jednak ktoś inny. Jeśli jesteś fanem grozy, napięcia i horroru i jednocześnie nie należysz do gestapo poprawności językowej, to zdecydowanie musisz sięgnąć po “Kieszenie pełne ślimaków”. 

Tytuł: Kieszenie pełne ślimaków
Autor: Przemysław Budziński
Wydawnictwo: Dom Horroru
Rok wydania: 2025
Ilość stron: ok. 245
Odpowiednie dla miłośników: slow burn, dobrze skonstruowanej fabuły, autentycznych bohaterów, ironii, horroru, grozy, wątków słowiańskich, ciarków na plecach
Czy przeczytam jeszcze raz? Nie, za bardzo denerwują  mnie błędy, ale chętnie będę polecać innym, bo warto to poznać

Przewijanie do góry