„Ocean na końcu drogi” Neil Gaiman – trzy perspektywy

Jest to już piąty tytuł z cyklu trzech perspektyw. “Ocean na końcu drogi” został napisany przez Neila Gaimana w 2013 roku, wydany w Polsce przez wydawnictwo MAG. Warto docenić ciemny i mroczny klimat okładki, który wspaniale współgra z przekazywanymi treściami w środku. 

Książka opowiada o powrocie mężczyzny na „stare śmieci” z powodu rodzinnego pogrzebu. Imienia bohatera nigdy nie poznajemy, za to przyglądamy się z bliska jego rodzinnej miejscowości, jaki i zdarzeniom z przeszłości, które wracają do niego podczas wizyty. Mieszkał on, mając wtedy 7 lat, w miejscowości Sussex, razem z siostrą oraz rodzicami. Był zamknięty w sobie, wolał towarzystwo książek niż ludzi. Nie przeszkodziło mu to jednak w zaprzyjaźnieniu się z jedenastoletnią dziewczynką z sąsiedztwa – Lettie Hempstock. Dzięki niej oraz jej babci i mamy (obie Panie Hempstock), przeżywa magiczne przygody, ładuje się w niewiarygodnie wielkie tarapaty jak i przeżywa całą tą sytuację.

Wchodząc głębiej

Opowieść, mimo prostego i przystępnego stylu, nie jest prosta ani lekka. Zakończenie pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi, a czytelnik nie jest pewny nawet, czy wszystkie opisywane zdarzenia wydarzyły się naprawdę w tym magicznym świecie książki, czy bohater tworzy wręcz swój świat, tak odległy od opisywanych zdarzeń. Czytelnik do końca nie jest pewien, co tak naprawdę się dzieje. Czy to zdarzyło się naprawdę? 

A może, cytując Starszą Panią Hempstock:

„Czy nie wyjaśniałam właśnie, że każdy zapamiętuje wszystko inaczej?”

Czego tak naprawdę możemy być pewni? Gdzie kończy się retrospekcja przeszłości, a zaczynają fantazje siedmiolatka?

Dobrym przykładem może być sytuacja z Lettie:

SPOJLER

Lettie na końcu opowieści umiera, ale jednak żyje. Przekazana została do Oceanu, choć zarówno jej matka jak i główny bohater w rozmowie twierdzą, że wyjechała do Australii. Bohater pamięta, że ochroniła go od ataku, jednak słyszymy, że oddała ona mu swoje serce, gdyż jego zostało pożarte.

Jest tyle wersji jednego zdarzenia z nią, że można się bardzo szybko zagubić w tym huraganie informacji oraz mieć wątpliwości, jak to tak naprawdę wyglądało. 

Jeszcze głębiej

Bezsprzecznie to opowieść magiczna, opowiadająca o wielkich siłach oraz walce z Pradawnymi mocami. Siły te opisywane są jednak w skali szarości – nie jest to ogromne zło, chociaż dokonuje takich rzeczy. Pradawna przedstawiona jest w postaci kobiety, która również chce znaleźć na tym świecie dla siebie miejsce, mieć komfortowe życie oraz posiada swoje lęki, dręcząc przy tym siedmioletniego chłopca – bo czemu nie. 

Ocean opisuje złożoność życia i sytuacji, nie daje odpowiedzi wprost, jak i nie przedstawia wszystkiego w kolorach jedynie czerni i bieli. Potrzebuje jednak chwili, by móc zarysować taki obraz, więc warto z rozpoczęciem lektury uzbroić się w cierpliwość oraz pozwolić na zbudowanie magii. Z własnego doświadczenia stwierdzam, że po przeczytaniu samego początku, bardzo szybko odstawił bym ten tytuł na półkę i już do niego nie wrócił. I z tym czynem straciłbym możliwość przeżycia cudownego wieczoru z dobrym tekstem.

„Ocean na końcu drogi” – podsumowanie

Książka nie jest długa, mi zapoznanie się z całością zajęło 5-6 godzin. Polecam wydanie papierowe – twarda okładka z dwoma wersjami grafik, jasnoniebieska wstążeczka zakładki, strony, które mają swoją sztywność – wszystko dzięki czemu można stabilnie ją trzymać podczas wieczoru z herbatą oraz delektować się doznaniami.

Kolejny miesiąc, kolejna wspólna lektura. Tym razem czytaliśmy “Ocean na końcu drogi” Neila Gaimana. Pomimo iż autor jest mi trochę znany, ta pozycja była dla mnie inna niż poprzednie książki tego pisarza. Odebrałem ją, jako połączenie kilku gatunków z wyraźnym motywem baśni fantasy. Po pierwszych kilku stronach można poczuć, że jest po powieść o życiu i jego trudach. Mamy tu rodzinne problemy, jak brak pieniędzy na utrzymanie domu, tajemniczą rodzinę Hempstocków (kim one tak naprawdę są?), podróż do innego świata, więc też sporo fantastyki. Ale jest to bardzo dobrze zrobione “smoothie”.

O co tu chodzi?

Całość wydarzeń obserwujemy z perspektywy niewymienionego z imienia głównego bohatera. Ten dorosły mężczyzna wraca w rodzinne strony z powodu jakiegoś wydarzenia. W mojej ocenie jest to pogrzeb, chociaż nigdzie nie jest wprost napisane. Zaraz po nim w drodze na stypę, narrator zbacza z drogi w stronę domu z dzieciństwa, by następnie trafić na farmę Hempstocków. Tam znajduje się staw, który Lettie, dziewczyna którą poznał w młodości, nazywała Oceanem. Bohater w swojej opowieści cofa się do czasu, gdy miał 7 lat i zdarzeń, które miały wtedy miejsce. Tu zaczyna się właściwa opowieść. A moją sympatię zyskał już na samym początku, tym oto stwierdzeniem:

Miałem na sobie niebieski garnitur i białą koszulę, czarny krawat i czarne buty, wyczyszczone i lśniące: strój w którym zwykle czułem się niezbyt wygodnie, jakbym przywdział skradziony mundur albo udawał dorosłego.”

Moje wrażenia

“Ocean na końcu drogi” czytało mi się bardzo przyjemnie. Można powiedzieć, że Neil Gaiman utrafił tu w mój gust. Stworzył udane połączenie świata realnego z baśniowym, snu z jawą, ale bez wymuszania. Nie musisz odnaleźć magicznej szafy, czy zaczarowanego pociągu za filarem. Z pozoru zwykłe kobiety, żyją sobie na farmie, nikomu nie wadząc, prowadząc normalne, codzienne życie. Ale to tylko pozory. W momencie kiedy zaczynają się problemy bohatera, stopniowo odkrywamy (chociaż nie do końca), kim są Panie Hempstock i jakie są ich możliwości. Każda z nich ma swój odrębny charakter i styl, ale łączy je silna rodzinna więź. Osobiście bardzo polubiłem Starszą Panią Hempstock za jej zgryźliwość i docinki.

Główny bohater

W kwestii postaci głównego bohatera, widać, że cierpi. Traci swój pokój, swoje zwierzątko, a w pewnym momencie również rodzinę i spokój. Chociaż w toku wydarzeń, wiele sytuacji udaje się odwrócić, odczułem, że to wszystko odcisnęło na nim piętno. Bije też od niego wielka samotność i niezrozumienie jego osoby przez otaczający świat. Dobrze obrazuje to ten fragment:

“(…)Położyłem się na łóżku i pogrążyłem w lekturze. Lubiłem to. Książki były znacznie bezpieczniejszym towarzystwem od ludzi.” 

Cała reszta 

Pozostali bohaterowie nie zdobyli zbytnio mojej sympatii, ale w sumie czasem o to autorowi chodzi. Widać, że rodzice mało się przejmowali synem, ponieważ w pewnym momencie, aby podratować domowy budżet musieli zacząć wynajmować jeden pokój. Czemu musiała to być akurat jego sypialnia? Do postaci lokatorów, czyli górnika opali, czy opiekunki miałem negatywny stosunek. Nie polubiłem ich, jak się okazuje w toku powieści, co do kobiety miałem rację. Dla mnie to jednak świadczy o dobrze napisanych postaciach.

Styl w którym historia jest opowiedziana, zawiera sporo niedopowiedzeń, jak np. kim są Panie Hempstock? Czym jest Ocean? Pozostawia to miejsce do interpretacji przez czytelnika. Neil Gaiman daje sporo wskazówek, ale rzadko wprost. Choć zwykle lubię historie wyjaśnione od A do Z, w tym przypadku mi to nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie, pozwoliło lepiej wczuć się w klimat książki. Czasami jednak opisy były tak zawiłe, iż sprawiały mi trudność w określeniu, o co chodziło autorowi. Jednakże całość uznaję za bardzo udaną opowieść.

Podsumowanie

“Ocena na końcu drogi” to w mojej ocenie ciekawa opowieść o samotnym, niezrozumianym przez otoczenie chłopcu, który na krótką chwilę odnajduje przyjaciółkę w specyficznej dziewczynie z okolicy, o wydarzeniach, które zmieniają całe życie oraz poświęceniu i marzeniach. Dobra na dłuższy wieczór, gdy w domu wszyscy już pójdą spać. Polecam dla fanów baśni i odrobiny magii.

I tak na koniec, wolę okładkę z pierwszego wydania.

“Ocean na końcu drogi” coś we mnie obudził. Coś, o czym wcale nie chciałam pamiętać. Pewne rzeczy lepiej zostawić zagrzebane pod stertą kurzu, pozwalając im odejść w zapomnienie…

Dotknęłam twardej, aksamitnej okładki z dziewczynką, połyskującą wodą i domem gdzieś w oddali. Wszystko utrzymane w szaro-niebieskiej, raczej smutnej tonacji. Trochę ponad dwieście stron, więc to będzie spotkanie na jeden wieczór – pomyślałam, otwierając książkę. Papier był trochę zbyt gruby, lekko sztywny. Marginesy, inne niż do tego przywykłam, wydawały mi się być za wąskie, jakby nierówne, żyjące swoim życiem. To pewnie po prostu kwestia wydania, jednak z drugiej strony już te wrażenia stanowiły preludium do wydarzeń przedstawionych w tej opowieści. Odważnie zagłębiłam się w lekturze pozwalając, by pochłonął mnie ocean.

Kilka słów o fabule

Główny bohater, którego imienia nigdy nie poznajemy, wraca w rodzinne strony. Zatrzymuje się na chwilę przy stawie, gdzie niegdyś spędzał czas ze swoją przyjaciółką Lettie. Wracają do niego wspomnienia sprzed czterdziestu lat. Są to wydarzenia trudne, takie, które zostawiły w nim ślad już na zawsze. Pojawia się niewyobrażalne, pierwotne zło, szturmem wkraczające do naszego świata i do domu rodzinnego, wówczas siedmioletniego, bohatera. Chłopak musi z nim stoczyć walkę, która niejednokrotnie wydaje się przerastać jego możliwości. Pocieszające jest jednak, że ma na kogo liczyć, że Lettie, jej matka i babka robią wszystko by mu pomóc. 

Czym jest “Ocean na końcu drogi”? 

Całą historię poznajemy z punktu widzenia siedmioletniego chłopca. Narracja jest pierwszoosobowa. Właśnie z tego względu nie mamy tu do czynienia z bardzo wyszukanym, czy skomplikowanym słownictwem, przez co odbiór treści jest ułatwiony. 

Z drugiej jednak strony, czytelnik jest w samym środku wspomnień siedmioletniego chłopca, który dużo czytał i miał wyjątkowo bujną wyobraźnię. Trochę w tym wypadku żartuję, a trochę nie. Powieść jest oniryczna, ma w sobie dużą dozę poetyckości. Trochę ciężko mi zrozumieć jak to możliwe, by połączyć jednocześnie prostotę i baśniowość w jedną całość w tak spójny sposób, ale tutaj się to udało i działa znakomicie. Rzeczywistość miesza się tu ze snem, że czasami do końca nie wiadomo, co jest czym. 

Gdybym miała to jakoś zaklasyfikować to trudno byłoby mi to zrobić – to na pewno fantastyka, ale chyba nie zdarzyło mi się czytać niczego podobnego. Mamy tu specyficzny klimat, gdy dopiero, co się przebudzisz, ale jeszcze nie otworzyłeś oczu i przez krótką chwilę balansujesz na krawędzi jawy i snu. Odnajduję tu trochę horroru, na przykład w scenach z potworem z lasu czy sprzątaczami. Znajdzie się również odrobina weird fiction – robak w stopie i sposób ukrycia drogi do domu, które wydały mi się niezwykle niepokojące. I chociaż całość mogłaby się zaczynać od słów “Dawno, dawno temu…” nie jest to baśń dla dzieci. Rekomendowałabym lekturę raczej starszym czytelnikom. 

Kiedy myślę o “Oceanie na końcu drogi” najbardziej odpowiednie wydaje mi się mimo wszystko słowo baśń. 

Współczesna baśń?

Trochę tak… 

Odpowiedź nie jest łatwa. Z jednaj strony mamy tu rzeczywiście przenikanie się świata fantastycznego i realnego, bohaterów, którzy wędrują swobodnie między tymi przestrzeniami, nieskomplikowaną linię wydarzeń fabularnych oraz walkę dobra ze złem. Dla mnie osobiście najważniejsze jest jednak to, że poza oczywistą warstwą mamy też coś pod spodem. Wbrew pozorom nie jest to zwykła opowieść o pradawnym stworze, który chciał zawładnąć światem.

Ja widzę tu samotność i bezradność chłopca, wobec wydarzeń, których jest świadkiem. Brak przyjaciół, kłopoty finansowe rodziców, wyprowadzka ze swojego pokoju i współdzielenie przestrzeni z siostrą, utrata pupila, samobójstwo lokatora, zdrada jednego z rodziców, przemoc – to wszystko spada dziecku na głowę, niemal całkowicie je przygniatając. To dużo nawet dla dorosłej osoby. 

A trochę nie

Z drugiej strony w baśniach dobro zawsze zwycięża. Nie mogę jednak uznać, że zakończenie tutaj jest szczęśliwe. Nie mogę też powiedzieć, że jest całkiem nieszczęśliwe. Jest po prostu szare, jak proza życia – coś na plus, coś na minus. Brakuje mi też morału, a każda dobra baśń powinna mieć jakiś morał. Chyba, że uznamy, iż najważniejszą lekcją z tej opowieści jest nieuchronność pewnych zdarzeń. Może niektóre rzeczy po prostu się dzieją, a my nic nie możemy na to poradzić?

Największa zagadka do rozwikłania

Patrzyłam na całą opowieść, poprzez pryzmat metafor do rozwikłania. Zazwyczaj jakoś mi się to udawało. A przynajmniej mam taką nadzieję. Rozumiem, że Lettie i jej rodzina były bezpieczną przystanią dla chłopca. Pomogły mu, kiedy najbardziej tego potrzebował. Czytając sceny rozgrywające się w kuchni miałam wrażenie, że też tam jestem i czuję zapach świeżo upieczonego ciasta. Jednocześnie trudno mi rozszyfrować zakończenie tej historii. Nie mogę zrozumieć, co tak naprawdę stało się z dziewczynką i dlaczego. Trochę mnie to gryzie. Mam przez to wrażenie, że coś mi umyka. 

Podsumowując – czy polecam „Ocean na końcu drogi”?

Jak wspomniałam wcześniej, “Ocean na końcu drogi”, przypomniał mi o rzeczach, na które ja również nie miałam wpływu będąc dzieckiem. Owo poczucie bezradności bywa przytłaczające. Dlatego od pierwszych zdań, poczułam sympatię do tego siedmioletniego chłopca. 

Jeśli chodzi o samą książkę, zostaję jednak z nieco mieszanymi uczuciami. Podobała mi się senna, nierealna, atmosfera, dialogi również były ciekawe, cenię sobie wprowadzenie do słownika nowego słowa (warminty), a także przenośnie. Nie przypadło mi do gustu zagmatwanie pewnych scen oraz to, że nie do końca rozumiem zakończenie. Chociaż być może to bardziej zarzut do mojego zrozumienia, a nie samej książki? 

Czy polecam? Jak najbardziej. Dobrze jest spojrzeć na świat z zupełnie innej, bardziej mrocznej i zakręconej perspektywy.

Jeśli macie ochotę poznać inne wpisy z serii „Trzy perspektywy” to zapraszam szczególnie do wpisu o książce „Nie ma wędrowca”, która szczególnie nas zachwyciła.

Przewijanie do góry