Poklatkowa rewolucja - okładka książki

„Poklatkowa rewolucja” – zniechęca czy zachwyca?

“Poklatkowa rewolucja” Petera Wattsa, opublikowana przez wydawnictwo MAG to króciutka książeczka albo, jak twierdzi sam autor, zaledwie nowelka. Objętość nie jest tu jednak najważniejsza. Na tych 150 stronach rozgrywa się bowiem historia trwająca miliony lat. 

To moje pierwsze spotkanie z Wattsem, zupełnie nie wiedziałam, czego mam się po nim spodziewać. Jednakże teraz mam ogromną ochotę poznać więcej jego dzieł. 

“Poklatkowa rewolucja” wita czytelnika twardą okładką, klaustrofobiczną, futurystyczną grafiką oraz intrygującym opisem umieszczonym z tyłu. W środku zaś wzrok przykuwa schemat charakterystyki grawitacyjnej Eriophory. Brzmi nieco skomplikowanie, prawda? Ale do tego wrócę jeszcze później.

Bohaterowie, misja i wędrówka w mrok

Bohaterką jest tu Sunday – inżynier ewolucyjny, podróżująca na pokładzie Eriophory, czyli statku kosmicznego płynącego przez nieskończoność galaktycznej czerni. Mamy tu do czynienia z pierwszoosobową narracją. To z punktu widzenia Sunday poznajemy świat, a raczej jego fragmenty, bo nic nie jest pewne. Mamy za to, jako dodatek, kilka wspomnień i garść przemyśleń naszej bohaterki. Na ile są one rozsądne i trafne, czytelnik musi ocenić już sam. Czasami jej wynurzenia wydawały mi się słuszne, innym razem naiwne. W każdym razie to autentyczna postać, łatwo mogłam się z nią utożsamić i dobrze rozumiałam jej rozterki i motywacje.

Załoga statku dawno temu wyruszyła z Ziemi z misją. Chociaż każdego dnia wykonuje swoje zadania, nikt nie jest do końca pewien, w którym kierunku tak naprawdę zmierzają:

“To się powinno już skończyć. Mieli nas wezwać z powrotem wiele milionów lat temu. (…) My nie mieliśmy lecieć w nieskończoność. (…) Termin końca misji dawno minął. Eri nie była obliczona na tak długo. Ani my. (…) Żadnego innego miejsca nie mamy. Ziemia, nawet jeśli jeszcze istnieje, nie jest już nasza.”

Mamy więc ciasny, duszny klimat statku kosmicznego, bezkresną czerń kosmosu, niepewność kryjącą się w każdym kącie. Wszystko to składa się na klaustrofobiczną i ciężką historię, która już na tym etapie przyprawia o gęsią skórkę. 

Dodajmy do tego jeszcze superkomputer – zaawansowaną sztuczną inteligencję, która w ułamku sekundy potrafi przeprowadzić symulację możliwych wydarzeń, rozważyć wszystkie zyski i straty, wyciągnąć wnioski, wprowadzić poprawki, przeprowadzić jeszcze raz cały proces, sprawdzając jego poprawność, a wszystko to jeszcze zanim zdążysz mrugnąć powieką. Proszę Państwa – oto Szymp. A przynajmniej tak nazywają go mieszkańcy Eriophory. 

Sunday, jako jedyna, wydaje się budować jakąś relację z Szympem. Słyszę, jak to brzmi, ale przez większość książki miałam takie właśnie wrażenie, że dziewczyna niejako uczłowiecza AI.

“Raz nawet płakałam wzruszona przez Szympa. (…) Raz, gdy wyszłam zza rogu do nowej, ledwie ociosanej katakumby, zobaczyłam tłum robotów wirujących w idealnym, skomplikowanym szyku – ławicę srebrnych rybek pośrodku świeżo zasadzonego pierwszego lasu Eri. Od kształtów, które tam dostrzegłam, nadal boli mnie głowa, gdy tylko o nich pomyślę. (…) On tańczy” 

Pytania podczas podróży w nieznane

Na wielkim statku kosmicznym, podczas zadania trwającego miliardy lat, wszędzie są kamery, a każde słowo i każdy jeden najmniejszy gest są ściśle obserwowane i monitorowane. Taki stan rzeczy nikogo nie dziwi i nikomu nie przeszkadza, aż do czasu, gdy ludzie podróżujący Eri przestają widzieć dłużej sens w kontynuowaniu misji. Zaczynają zadawać pytania i kwestionować zasadność dalszych działań.

Ale jak wzniecić bunt, kiedy wróg chce dla ciebie jak najlepiej? Jak podjąć jakiekolwiek działania, gdy Szymp obserwuje cię nieustannie? I wreszcie jak cokolwiek zrobić, kiedy superkomputer budzi cię raz na kilka setek/tysięcy lat, wykonujesz swoją działkę i wracasz do spania do swojej krypty?

Intryga, do jakiej uciekają się ludzie, wymaga niebywałego sprytu, dużej inteligencji i całego morza cierpliwości. Fascynująco było śledzić losy spisku. Książka w mistrzowski sposób pyta o zasadność ludzkiego życia, o to, gdzie zaczyna się i kończy człowieczeństwo. Bo nawet jeśli AI “Jest zaprogramowany na dobro misji. (…) Zginąłby dla nas, gdyby było trzeba.”, to wciąż jest tylko maszyną, która podejmuje decyzje na podstawie suchego algorytmu i każdy ma swoją wartość per capita. 

Szczypta dziegciu

“Poklatkowa rewolucja” ma bardzo dużo do zaoferowania czytelnikowi – klimat, historia, bezkres kosmosu, losy spisku, trochę filozoficznych rozważań, a to wszystko w … , no cóż, trochę trudnej do strawienia oprawie. Chociaż to krótka pozycja, to należy do tzw. hard SF, czyli jest tu położony duży nacisk na wszystkie kwestie technologiczne i naukowe. Nie mogę sobie teraz przypomnieć, czy czytałam wcześniej coś podobnego. Przynależność do tego gatunku z jednej strony jest ogromną zaletą, bo w moim mniemaniu podnosi prawdopodobieństwo opisanych zdarzeń i zjawisk, czyni je bardziej realnymi, jak wielka chmura wisząca nad miastem, z której spodziewasz się za chwilę deszczu. Jednocześnie często wymaga używania trudniejszego do zrozumienia, skomplikowanego języka. To mniej więcej tak, jakbyś próbował poskładać meblościankę z Ikea, ale z instrukcją po węgiersku. Opis napędu grawitacyjnego i procedury przechodzenia przez bramki jest na tyle złożony, że musiałam wracać do niego kilka razy, a wciąż mam wątpliwości, czy w pełni dobrze wszystko zrozumiałam. 

Występuje tu też słowotwórstwo. Podoba mi się słowo “mięsuch”, które jest stworzone na potrzeby tej historii. Podsumowując, jeśli chodzi o słownictwo, to jest wysoki próg wejścia. Odnoszę wrażenie, że czytając tę pozycję drugi i trzeci raz można wyciągnąć z niej więcej niuansów, niż za pierwszym razem. 

Ogólnie styl Wattsa określiłabym jako wyważony. Nie jest ani zbyt suchy, ani zbyt emocjonalny. Czasem może lekko refleksyjny, skłaniający do myślania i zadawania dalszych pytań, a to duży plus. 

Małe zachwyty

Szczególnie przypadły mi do gustu sceny w lesie. To taki wewnętrzny świat ukryty gdzieś głęboko na statku, gdzie natura, ewoluująca przez miliony lat, rządzi się swoimi prawami. Jeśli do tej pory było mrocznie i tajemniczo, to wkraczając do tej dżungli te uczucia tylko się potęgują. Na tym poprzestanę, by nie zdradzać jednak zbyt wiele.

Dodatkową niespodzianką dla czytelnika jest ukryta wiadomość zaszyfrowana na kartkach książki. To wartość dodana, sprawiająca, że całość smakuje jeszcze lepiej. Należy wypatrywać czerwonych liter. Najlepiej to sobie wszystko zapisać, bo nie da się tego po prostu zapamiętać. Dodatkowo bardzo łatwo się pomylić i coś przegapić. Warto włożyć jednak dodatkowy wysiłek, by dowiedzieć się, jaką tajemnicę skrywają czerwone literki. Nie pożałujesz. 

„Poklatkowa rewolucja” – skojarzenia

Wydaje mi się, że nie będę tu zbyt oryginalna, ale klimat na Eri przypomina mi film “Obcy”. Mamy tu ciemność, tajemnicę do odkrycia, taką samą klaustrofobię i poczucie, że nie ma dokąd uciekać. W obu przypadkach coś wisi w powietrzu, czujesz jak zagrożenie pełznie coraz bliżej i bliżej, a jednocześnie niewiele możesz na to poradzić. Tytułowy obcy był jednak pierwotną, czysto biologiczną siłą, czającą się w mroku, gdzieś w okolicach kratek wentylacyjnych. Tutaj mamy do czyniania z czymś duzo bardziej subtelnym – z chłodną kalkulacją maszyny, z jej postrzeganiem opieki, z jej nieubłaganą logiką.

Podsumowanie

Napiszę zasadniczo to, co zwykle – to nie jest książka dla każdego. Ciężko z nią zacząć, zawiłość opisów może zniechęcać. Jednocześnie to pozycja bardzo ciekawa, zadająca odpowiednie pytania, z których część wyjaśnia, a z innymi zostawia czytelnika na długo. Dla mnie „Poklatkowa rewolucja” to wspaniała lektura, bo nie chcę zazwyczaj prostych historii. Z całą pewnością zapamiętam ten duszny, klaustrofobiczny klimat i jeszcze do niej wrócę.

Autor: Peter Watts
Tytuł: Poklatkowa rewolucja
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 160
Dla miłośników: kosmosu, AI, hard SF, klaustrofobicznego klimatu, rozważań o człowieczeństwie
Czy przeczytam jeszcze raz:  tak, lektura wywarła na mnie duże wrażenie

Przewijanie do góry